Kilkanaście minut przed godziną 10.00 zakończyła się 72-godzinna próba Andrzeja, który przez trzy doby biegał wokół Paprocan w ramach akcji Backyard na Dziko. Ostatnią pętlę pokonał w towarzystwie kilkudziesięciu biegaczy i rowerzystów, którzy chcieli być z nim właśnie w tym momencie. Łącznie przebiegł niemal 500 kilometrów.
Był to jednak bieg, którego nie da się opowiedzieć wyłącznie liczbami. Przez 72 godziny wokół Paprocan pojawiali się kolejni ludzie – jedni biegli razem z Andrzejem, inni towarzyszyli mu na rowerach albo pokonywali fragment trasy pieszo. Przyjeżdżali w dzień i w środku nocy. Byli wtedy, gdy pojawiał się kryzys, zmęczenie i pytanie, ile jeszcze można wytrzymać.
Przez trzy doby działał także support, bez którego akcja nie byłaby możliwa, co podkreślił Andrzej chwilę po przekroczeniu mety ostatniego okrążenia. Za tym wszystkim stały dziesiątki osób, które poświęciły swój czas, energię i siły, żeby Kowalczyk mógł kontynuować bieg. Co więcej – wsparcie nie ograniczyło się do Paprocan. Wokół akcji zgromadzili się również ci, którzy śledzili relację na żywo, udostępniali informacje, pisali do znajomych i firm oraz wpłacali pieniądze na zbiórkę.
Backyard na Dziko miał pomóc w nagłośnieniu potrzeb Świetlikowa i wesprzeć marzenie o stworzeniu stacjonarnego hospicjum TuSieTuli i choć Andrzej może już się zatrzymać, zbiórka wciąż trwa. Na ten moment na koncie akcji jest już prawie 240 tysięcy złotych. Nadal można ją wesprzeć, dokładając swoją cegiełkę TUTAJ.

