W naszym mieście nie brakuje pasjonatów mniej popularnych sportów, którzy mają tutaj przestrzeń dla siebie. Łukasz Sarnowski jest miłośnikiem zmagań przy zielonym stole i twórcą Tyskiej Ligi Bilarda. Pokazuje, że bilard to nie tylko gra, ale także sposób na spędzanie wolnego czasu, rywalizacja, emocje i dobra zabawa.
Z Łukaszem spotykam się w Rasta Pubie, który znajduje się za hotelem Tychy. To tam, na trzech stołach bilardowych, rozgrywana jest Tyska Liga Bilarda. – Zagramy partyjkę? – rzucam zaczepnie, choć o bilardzie nie mam zielonego pojęcia. – Z przyjemnością – spokojnie odpowiada Łukasz.
Jego przygoda z bilardem rozpoczęła się w nieistniejącym już pubie Pasikonik na osiedlu E. – Studiowałem w Wyższej Szkole Zarządzania i Nauk Społecznych w Tychach. Kiedy pojawiało się jakieś „okienko” czy mieliśmy wolne od zajęć, spędzaliśmy ze znajomymi czas w Pasikoniku, grając w bilard. To tam były moje pierwsze mocniejsze rozbicia – wspomina. – Później zacząłem chodzić do Przewoźnika, gdzie okazało się, że istnieje namiastka ligi bilardowej. Szlifowałem tam swoją grę, brałem udział w turniejach, ale po dwóch latach wszystko się rozpadło i nastąpiła kilkuletnia przerwa. Później próbowałem reaktywować ligę w klubie Magic, ale ponownie się nie udało – kontynuuje, pokazując, jak prawidłowo powinno się trzymać kij bilardowy.
Łukasz nie tracił jednak ani zapału, ani wiary w to, że kiedyś uda mu się zorganizować Tyską Ligę Bilarda. – Kiedyś w tym miejscu znajdował się jeden stół. Zaczęliśmy z kolegami coraz częściej przychodzić i grać. Najpierw we dwie osoby, potem trzy, cztery… Moja narzeczona Asia, która jest właścicielką Rasty, postanowiła dokupić drugi stół. Przez wiele lat rozwijaliśmy swoją pasję, aż w końcu w ubiegłym roku udało się zorganizować Tyską Ligę Bilarda. Kolejna edycja rusza już we wrześniu – opowiada, przypatrując się, jak nieudolnie próbuję uderzyć kijem w bilę.
Jak wygląda rywalizacja w Tyskiej Lidze Bilarda? – Zaczynamy we wrześniu i kończymy w czerwcu. Na zakończenie sezonu odbywa się najważniejsze wydarzenie roku, czyli turniej „Master”, w którym udział biorą najlepsi zawodnicy sezonu. Przez kilka miesięcy spotykamy się w każdą niedzielę. Oczywiście obecność na każdej z rozgrywek nie jest obowiązkowa. Prowadzimy tabelę, w której za zwycięstwo uczestnicy otrzymują trzy punkty, a za porażkę jeden. Dlaczego punkt za porażkę? Aby premiować osoby, które aktywnie uczestniczą w lidze. Nawet jeśli nie osiągają dużych sukcesów, ale starają się i angażują, mają szansę zdobyć na koniec wyższą lokatę niż osoby, które zaliczyły większą liczbę wygranych, ale pojawiły się tylko kilka razy – wyjaśnia Łukasz.
Udało mi się wbić dwie bile do łuz. Nie do końca zgodnie z przepisami, ale Łukasz przymyka oko i w dalszym ciągu cierpliwie tłumaczy mi zasady gry. – W tym roku ligę będziemy rozgrywać według jednej, klasycznej odmiany, zgodnej z zasadami Polskiego Związku Bilardowego. Być może brzmi to bardzo poważnie, ale tak naprawdę udział w lidze może wziąć każdy, bez względu na poziom. Najważniejsze to znać zasady. Jeśli ktoś będzie miał ochotę chodzić regularnie, to super. Jeśli chce przyjść dwa razy czy raz w miesiącu, także nie ma problemu. Na nikim nie wywieramy presji. Apeluję także, aby nie bać się naszej ligi. To nie jest tak, że grają w niej zawodowcy oraz gracze ze światowej czołówki. Dla każdego znajdziemy tutaj odpowiednie miejsce – tłumaczy Łukasz.
Nasza rozmowa trwa długo – zdecydowanie dłużej niż nasza partia bilarda. Łukasz szybko wbija kolejne bile i wygrywa. – Jak na osobę, która nie gra w bilard, poszło ci całkiem nieźle – stara się mnie pocieszyć. – Jeśli będziesz miał ochotę dołączyć do ligi, to zapraszam. Podobnie jak każdego innego mieszkańca naszego miasta. Jeśli masz pasję, lubisz bilard, cenisz sobie przebywanie wśród fajnych i ciekawych osób, zawsze warto spróbować – zachęca.

