Blisko 422 kilometry przebiegnięte w sześć dni, upał, kryzysy i niemal sto godzin nieustannego wysiłku. Tyszanin Artur Wroński ukończył we francuskiej Alzacji ekstremalne wyzwanie 10 maratonów w formule ciągłej, zwyciężając rywalizację. Jak podkreśla, największą nagrodą okazały się jednak nie miejsce na podium, lecz ludzie, emocje i doświadczenia, które zostaną z nim na całe życie.
Na przełomie czerwca i lipca Artur Wroński stanął na starcie Bretzel Ultra Tri. W ramach tego festiwalu biegowego w Colmar, malowniczym mieście w Alzacji, wziął udział w zawodach polegających na pokonaniu dziesięciu maratonów w sześć dni. Rywalizacja odbywała się w formule ciągłej – po ukończeniu każdego maratonu zawodnicy sami decydowali, czy zrobić przerwę na odpoczynek, czy od razu ruszyć na kolejne 42,195 kilometra.
Jak relacjonuje – przez tydzień miejscowy ośrodek przygotowań olimpijskich zamienił się w miasteczko sportów wytrzymałościowych. Oprócz wyzwania 10 maratonów rozgrywano tam także między innymi zawody na dystansach od dwóch do pięciu Ironmanów czy sześciu Ironmanów pokonywanych dzień po dniu. Większość uczestników przyjechała z własnymi ekipami wspierającymi, które pomagały im przetrwać kolejne godziny rywalizacji.
Na starcie stanęli zawodnicy m.in. z Francji, Niemiec, Luksemburga, Szwajcarii, Rumunii, Włoch i Polski. Jak wspomina Tyszanin, międzynarodowa atmosfera sprzyjała nawiązywaniu nowych znajomości.
– Z każdym można było bez problemu porozumieć się po angielsku, nawet z francuskimi wolontariuszami obsługującymi punkt żywieniowy. To było miłe zaskoczenie – relacjonuje.
Trasa biegu miała formę 1,33-kilometrowej pętli prowadzącej wśród alzackich winnic. Choć około 60 procent odcinka przebiegało w cieniu, zawodnicy musieli zmagać się z temperaturami przekraczającymi 30 stopni Celsjusza. Dodatkowym wyzwaniem była zmieniająca się w ciągu dnia ilość zacienionych fragmentów.
Jak w każdych zawodach ultra, nie brakowało trudnych momentów. Zmęczenie narastało z każdą kolejną godziną, pojawiały się problemy z nogami i chwile zwątpienia.
– Kryzysy były nieuniknione, ale siła charakteru i radość z samego wysiłku sprawiały, że uparcie kontynuowałem rozpoczęte wyzwanie – podkreśla biegacz.
Ogromne znaczenie miało również wsparcie innych uczestników. Szczególnie zapadła mu w pamięć znajomość z rumuńskim triathlonistą Vasilicą Enache, który rywalizował na dystansie pięciu Ironmanów.
– Ostatnie dwie godziny minęły jak dwie minuty. Rozmowy sprawiły, że ból nóg i zmęczenie na chwilę przestały istnieć, a sam bieg znów zaczął sprawiać przyjemność – wspomina Wroński.
Jednym z najbardziej wzruszających momentów zawodów było ostatnie okrążenie. Zgodnie z tradycją organizatorów każdy finiszer pokonywał je z flagą swojego kraju, biegnąc w przeciwnym kierunku niż pozostali zawodnicy. Była to okazja do wzajemnych gratulacji i podziękowania za wspólnie spędzone dni na trasie.
Artur Wroński swoje ostatnie okrążenie przebiegł z biało-czerwoną flagą w towarzystwie ultratriathlonisty Adriana Kostery oraz członków jego ekipy – Wojciecha i Rafała.
– To były niezwykle wzruszające chwile. W jednej ręce trzymałem polską flagę, a drugą przybijałem piątki z zawodnikami, z którymi przez ostatnie dni dzieliłem trasę. Rozmowy z Adrianem i wsparcie jego ekipy pomagały mi pokonywać kolejne kilometry – opowiada.
Po przekroczeniu mety zegar zatrzymał się na czasie 98 godzin, 3 minut i 21 sekund. Wynik zapewnił Tyszaninowi zwycięstwo w rywalizacji 10 maratonów w sześć dni.
Jak sam jednak podkreśla, to nie miejsce na mecie było najważniejsze.
– Wynik schodzi na drugi plan. Największą wartością tej przygody okazali się ludzie, atmosfera i emocje, których doświadczyłem. To właśnie te wspomnienia pozostaną ze mną na zawsze – podsumowuje Artur Wroński.


