W ubiegłym tygodniu Tychy odwiedziła Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz – minister funduszy i polityki regionalnej oraz przewodnicząca Polski 2050. Podczas wizyty spotkała się z mieszkańcami. Mieliśmy okazję zadać jej kilka pytań dotyczących spraw ważnych zarówno z perspektywy kraju, jak i samorządu.
W rozmowach z urbanistami i socjologami często pojawia się teza, że młodzi ludzie będą odpływać z małych i średnich miast i tego procesu nie da się już zatrzymać. Czy pani resort ma pomysł, jak ten trend odwrócić albo przynajmniej ograniczyć?
To jedno z najważniejszych pytań rozwojowych, przed jakimi stoi dziś Polska. Zdaniem moim, ale też mojego środowiska politycznego, nie możemy dopuścić do sytuacji, w której rozwój kraju ograniczy się do czterech czy pięciu największych metropolii, a reszta Polski stanie się przestrzenią zapomnianych miast i ludzi.
Taki scenariusz oznaczałby pogorszenie dostępu do usług publicznych, słabszą dostępność edukacji, ochrony zdrowia, kultury, transportu, a w dłuższej perspektywie również ogromne koszty społeczne, wspólnotowe i finansowe. Trzeba przy tym mówić realistycznie. Demografii nie da się zaczarować, ale można i trzeba ograniczyć odpływ młodych ludzi. Można przeciwdziałać exodusowi, stworzyć warunki, w których kilkadziesiąt średnich i mniejszych miast, takich jak Tychy, będzie miało realną szansę na dalszy rozwój.
Co konkretnie powinno się zrobić, żeby takie miasta jak nasze nie traciły mieszkańców i znaczenia?
Potrzebny jest przemyślany parasol inwestycyjny. To znaczy: państwo powinno świadomie wspierać określoną grupę miast, które mogą pełnić funkcję lokalnych i regionalnych centrów rozwoju. Chodzi o to, żeby wskazać miasta, które mają potencjał, a następnie zainwestować w nie tak, by mogły obsługiwać nie tylko swoich mieszkańców, ale także otaczające je gminy i mniejsze miejscowości. Dlatego tak ważne są inwestycje w kolej, transport publiczny, drogi, szkoły, żłobki, szpitale, szybki internet, efektywność energetyczną budynków użyteczności publicznej. To są rzeczy, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się niezwiązane, ale one decydują o tym, czy ludzie zostają w danym miejscu.
Wspomniała pani o parasolu inwestycyjnym. Czy takim pierwszym krokiem były dodatkowe środki z KPO dla Polski lokalnej?
Tak. Kiedy zajmowaliśmy się Krajowym Planem Odbudowy, zaczęłam szukać możliwości, żeby większa część tych pieniędzy trafiła do Polski lokalnej. Efektem było przesunięcie dodatkowych 10 mld złotych właśnie na ten cel. Te środki poszły na bardzo konkretne obszary: mały i średni biznes, termomodernizację 558 budynków instytucji edukacyjnych, ponad 18 mld zł na nowoczesną kolej, 15 obwodnic małych miast, 20 tys. nowych miejsc w żłobkach (docelowo będzie ponad 40 tys. miejsc), 211 tys. gospodarstw uzyskało dostęp do szybkiego internetu. To inwestycje, które tworzą infrastrukturę rozwoju. One nie są dodatkiem do polityki rozwojowej. One są jej fundamentem.
Kolejny krok to planowanie następnych inwestycji publicznych, w tym tych finansowanych ze środków europejskich. W kolejnej perspektywie mówimy o bardzo dużych pieniądzach, około pół biliona złotych i trzeba je zaplanować tak, żeby znowu ten parasol inwestycyjny objął średnie i mniejsze miasta. Ale powtarzam: nie chodzi o automatyczne dzielenie po równo. Chodzi o mądre wskazanie miejsc, które mogą stać się centrami dla całych obszarów.
Czy miasta same są w stanie zatrzymać odpływ mieszkańców?
Oddolna energia jest bardzo ważna, ale trzeba jasno powiedzieć: bez rozwiązań systemowych miasta same sobie nie poradzą. Miasto, nawet bardzo zdeterminowane, nie zatrzyma dużych procesów demograficznych i gospodarczych, jeśli nie będzie miało wsparcia inwestycyjnego, dobrego transportu, narzędzi do współpracy z otoczeniem i stabilnych usług publicznych.
To musi być decyzja państwa: albo wybieramy kierunek równomiernego rozwoju, albo godzimy się na postępujące pustynnienie rozwojowe części kraju. W tym drugim scenariuszu młodzi ludzie wyjadą, zostaną głównie seniorzy, usługi publiczne będą coraz słabsze, a koszty społeczne coraz większe. Dlatego uważam, że musimy świadomie obrać kierunek na równy rozwój.
W debacie pojawia się też pytanie, czy za 10–20 lat problem odpływu ludzi do dużych miast może wyglądać inaczej. Rozwija się praca zdalna, szybki internet, sztuczna inteligencja. Czy to może pomóc mniejszym miastom?
To już się dzieje. Jedną z kluczowych inwestycji w ramach wsparcia Polski lokalnej jest szybki internet. Za dostępem do szybkiego internetu idą e-usługi, możliwość pracy zdalnej, edukacja, dostęp do informacji, rozrywka, ale też nowe modele prowadzenia działalności gospodarczej.
W ramach KPO dostęp do szybkiego internetu otrzymują setki tysięcy gospodarstw domowych w miejscach, gdzie na zasadach czysto komercyjnych taka inwestycja często by się nie opłacała. I właśnie tu jest rola państwa: wejść tam, gdzie rynek sam nie zapewni podstawowej infrastruktury rozwojowej. Szybki internet nie rozwiąże wszystkich problemów, ale jest jednym z warunków koniecznych. Dlatego traktuję tę inwestycję jako jeden z elementów ratowania potencjału Polski lokalnej.
Przyjechała pani do Tychów. Co z tej ogólnopolskiej diagnozy wynika dla naszego miasta?
Tychy są przykładem miasta średniej wielkości, które powinno być analizowane nie tylko przez pryzmat własnych granic administracyjnych, ale także funkcji, jakie pełni wobec otoczenia. Chodzi o dostęp do rynku pracy, transportu publicznego, usług zdrowotnych, edukacji, kultury i administracji dla mieszkańców miasta oraz sąsiednich gmin.
Z punktu widzenia polityki regionalnej Tychy są więc częścią większego układu funkcjonalnego województwa śląskiego. Dlatego inwestycje publiczne powinny wzmacniać całą zdolność miasta do obsługi tego obszaru. Dotyczy to m.in. transportu, ochrony zdrowia, efektywności energetycznej budynków publicznych, kompetencji zawodowych i cyfryzacji. Istotne jest również pokazanie, jakie efekty przynoszą środki z KPO w regionie i które z nich mają znaczenie dla mieszkańców Tychów. Mówimy o pieniądzach publicznych, dlatego ważna jest przejrzystość: gdzie trafiają środki, jakie projekty finansują i w jaki sposób przekładają się na jakość usług oraz warunki rozwoju miasta.
Jakie inwestycje ma pani na myśli, mówiąc o środkach z KPO w regionie?
Województwo śląskie jest jednym z największych beneficjentów środków z KPO. Zawarto w regionie ponad 140 tys. umów na ponad 26,1 mld zł. To bardzo duża skala inwestycji. To między innymi utworzenie 10 Branżowych Centrów Umiejętności, termomodernizacja kilkudziesięciu budynków instytucji edukacyjnych. Modernizujemy sieci internetowe w 2 tys. szkół podstawowych i ponadpodstawowych, ponad 1,7 mld zł przeznaczyliśmy na inwestycje w ochronę zdrowia i szpitale, zlikwidowaliśmy 35 czarnych punktów na drogach. To są przedsięwzięcia, które bez środków z KPO byłyby bardzo trudne albo niemożliwe do realizacji w takiej skali i tempie. One mają znaczenie nie tylko lokalne, ale regionalne, bo z nowoczesnej infrastruktury zdrowotnej korzystają pacjenci z całego województwa.
Bardzo ważne są również inwestycje w Koleje Śląskie: infrastruktura, poprawa dostępności transportowej. Na zakup nowego taboru przeznaczyliśmy ponad 250 mln złotych. W regionie takim jak Śląsk transport publiczny ma fundamentalne znaczenie. To on decyduje o tym, czy ludzie mogą sprawnie dojechać do pracy, szkoły, lekarza, kultury. Bez dobrego transportu trudno mówić o spójnym rozwoju.
Przed nami planowanie kolejnego budżetu unijnego i bardzo zależy mi na tym, żeby przy stole planistycznym siedzieli nie tylko politycy i urzędnicy. Muszą być przy nim także samorządy, lokalne wspólnoty, przedstawiciele różnych środowisk. Nie da się dobrze zaplanować rozwoju kraju zza biurka w Warszawie. Trzeba rozumieć, jakie są realne potrzeby w takich miastach jak Tychy, jakie są oczekiwania mieszkańców, gdzie inwestycje już działają, a gdzie są jeszcze luki. Środki europejskie są ogromną szansą, ale tylko wtedy, kiedy są dobrze zaplanowane.

