Zanim pojawiły się pierwsze nożyczki w dłoni, było zamiatanie podłogi i… pączek czekający „na Iwonkę”. Tak zaczynała się historia Iwony Cituk – dziś fryzjerki z wieloletnim doświadczeniem, właścicielki salonu i egzaminatorki, która wciąż z tym samym zaangażowaniem podchodzi do zawodu, co jako dziecko podpatrujące pracę starszych koleżanek po fachu.
Fryzjerstwo było dla niej zawodem wymarzonym od dziecka.
– Zawsze, jak szłam z mamą do fryzjera, to tam sprzątałam, pomagałam. Fryzjerki częstowały mnie w zamian pączkiem i herbatą. Po prostu od dziecka ciągnęło mnie do tego zawodu – wspomina.
Pierwsza w rodzinie
Choć w wielu historiach rzemieślników pojawia się wątek rodzinnej tradycji, u niej było inaczej.
– Jestem pierwsza w rodzinie, która skończyła szkołę fryzjerską – mówi.
Decyzja była jednak świadoma i szybka. Po podstawówce wybrała szkołę zawodową przy ul. Nowokościelnej – najstarszą w Tychach.
– To był najlepszy czas. Od początku wiedziałam, że to jest to – wspomina.
Droga do zawodu zaczyna się od podstaw.
– Najpierw mycie głowy, sprzątanie stanowiska czy pomoc przy farbowaniu. To absolutne podstawy. Potem uczysz się trzymać nożyczki, „cykając w powietrzu” i ćwicząc rękę. Dopiero później przychodzi prawdziwe strzyżenie i koloryzacja.
Iwona Cituk po kilku latach pracy w salonie zdecydowała się na własną działalność.
– Miałam 27 lat, kiedy otworzyłam swój salon. Dziś jest już „pełnoletni” – prowadzę go od 18 lat.
Zapach, który został na lata
Każdy zawód ma swoje charakterystyczne momenty. W fryzjerstwie – jak się okazuje – to także zapachy.
– Płyn do trwałej i lakier do włosów. To są zapachy, które kojarzą mi się z tym zawodem od zawsze – mówi z uśmiechem. – Jak zapach drożdżowego ciasta u babci.
Choć dziś wiele salonów odchodzi od trwałej, ona nadal ją wykonuje i, co ciekawe, wraca ona do łask, zwłaszcza wśród młodych klientów.
– Trwała jest teraz modna wśród młodych chłopców. Na szczęście obecne metody pozwalają na uzyskanie prawdziwie naturalnego efektu – mówi fryzjerka.
Klient się zmienił
Przez trzy dekady zmieniło się wiele – przede wszystkim klienci.
– Dużo przychodzi ze zdjęciem z telefonu i oczekuje identycznego efektu. Wtedy trzeba tłumaczyć, że to nie zawsze wyjdzie tak samo. Na zdjęcia nakładane są filtry, są robione w różnym światle, a to wszystko ma znaczenie – tłumaczy.
Dlatego, jak podkreśla, kluczowa jest szczerość.
– Ja nigdy nie daję gwarancji. Mówię wprost, jak coś może wyjść, a jak nie.
Salon jak we Włoszech
Jej miejsce pracy ma swój charakter – głośny, żywy, pełen rozmów.
– Klienci mówią, że u mnie jest jak we Włoszech. Dużo się dzieje, rozmawiamy. Ale to nie dla każdego – przyznaje.
I właśnie na tym polega siła tego zawodu – dopasowaniu.
– Każdy fryzjer znajdzie swoich klientów. Ludzie przychodzą tam, gdzie czują się dobrze.
Komunikacja to klucz
Fryzjerstwo to nie tylko technika. To przede wszystkim relacja.
– Trzeba umieć pracować z ludźmi. Z dziećmi szczególnie. Każde jest inne, trzeba znaleźć sposób, żeby się nie bało – wyznaje.
Podobnie jest z uczniami, których szkoli od lat.
– Trzeba pamiętać, jaki człowiek był i co czuł, kiedy samemu był praktykantem. Dziś młodzież jest bardziej odważna, ale też bardziej wrażliwa. Trzeba umieć z nimi rozmawiać, wyznaczać granice – mówi Iwona.
Rzemiosło, które trzeba chronić
Od ośmiu lat związana jest z Cechem Rzemiosł i Przedsiębiorczości, a od kilku pełni także rolę egzaminatorki.
– Chciałabym, żeby młodzi nie bali się zawodówek. To jest konkretny fach, rzemiosło jest niezwykle ważne – podkreśla. – Klienci sami pytają: gdzie znajdę szewca, gdzie krawcową? No właśnie – coraz trudniej – mówi.
Mimo zmian jedno pozostaje niezmienne – potrzeba drugiego człowieka.
– Robot nie zastąpi fryzjera, bo to nie tylko praca z włosami, ale prawdziwa relacja – podkreśla.
Taki właśnie jest jej salon – wypełniony klientami, rozmowami, śmiechem i fachowym strzyżeniem.


