Nie zaczęło się od lalek i zabawy w salon. Zamiast tego były pierwsze, nieporadne jeszcze próby na… rodzinie. Siostra, mama, tata – to oni stali się „modelami”, gdy Renata Wróbel jako dziecko odkrywała, że praca z włosami daje jej coś więcej niż tylko efekt wizualny. Dziś, po 30 latach w zawodzie i dwóch dekadach prowadzenia własnego Studia Urody Lansonia w Bieruniu, mówi o tym prosto: „ja po prostu lubię dotykać włosy, odpręża mnie to”.
To zdanie dobrze oddaje jej podejście do pracy – spokojne, uważne, oparte na relacji z drugim człowiekiem.
Droga zawodowa Renaty Wróbel rozpoczęła się w pierwszej tyskiej szkole zawodowej przy ul. Nowokościelnej. W tamtym czasie klasy fryzjerskie liczyły nawet po 30 osób.
– To były zupełnie inne czasy. Dużo osób chciało się uczyć tego zawodu, a nauka była bardzo konkretna, techniczna – wspomina.
I właśnie te fundamenty – precyzja, dokładność, klasyczne techniki strzyżenia – do dziś uważa za najważniejsze. To wiedza przekazana przez mistrzynię, które ukształtowały jej zawodowe podejście. Po dziś dzień, jej mistrzyni siada na jej fotelu jako klientka, co stanowi symbol ciągłości i wzajemnego zaufania.
Między wizją a rzeczywistością
W pracy fryzjera nie chodzi tylko o wykonanie usługi. To także umiejętność rozmowy, wyczucia, a czasem nawet stawiania granic.
– Zdarza się, że klientka przychodzi z pomysłem, który po prostu nie będzie dobrze wyglądał. Wtedy trzeba umieć to wytłumaczyć i znaleźć kompromis – mówi.
Jak podkreśla, najważniejsze jest to, by obie strony były zadowolone. Dlatego słucha, doradza, ale nie boi się też wyrazić swojego fachowego zdania.
To właśnie ta relacja sprawia, że klienci wracają – czasem nawet z bardzo daleka. Jedna z klientek przez długi czas dojeżdżała do niej aż z Krakowa.
– Twoją marką jest to, co mówią o tobie klienci po wyjściu z salonu – podkreśla.
Zawód, który uczy cierpliwości
Praca z ludźmi to nie tylko satysfakcja, ale też wyzwanie. Fryzjerstwo – jak przyznaje – uczy pokory i cierpliwości.
Zmieniają się również sami klienci. Są bardziej świadomi, często przychodzą z inspiracjami z internetu.
– To z jednej strony dobrze, bo wiedzą, czego chcą. Ale z drugiej nie wszystko, co widać w sieci, jest możliwe do wykonania albo będzie pasować każdemu – zaznacza.
Wciąż zdarzają się sytuacje, gdy trzeba „ratować” włosy po domowych eksperymentach. Jednak, jak zauważa, coraz więcej osób docenia profesjonalną usługę i czas spędzony w salonie.
– To już nie tylko strzyżenie czy kolor. To chwila dla siebie, rozmowa, kawa, odpoczynek.
Rozwój zamiast rutyny
Mimo wieloletniego doświadczenia Renata Wróbel nie zwalnia tempa. Regularnie bierze udział w szkoleniach – średnio trzy, cztery razy w roku.
– To takie odświeżenie głowy. Można spotkać się z ludźmi z branży, zapoznać z nowinkami fryzjerskimi czy wymienić doświadczeniami, to bardzo cenne.
Renata Wróbel zwraca też uwagę na zmianę w środowisku fryzjerskim. Dziś, mimo dużej liczby salonów, nie ma już tak silnej czy wręcz niezdrowej rywalizacji jak kiedyś.
– Każdy znajdzie swojego klienta. Każdy może mieć swoją specjalizację.
Nauka zawodu i życia
Od 2009 roku należy do Cechu Rzemiosł i Przedsiębiorczości, aktywnie uczestnicząc w życiu środowiska. Jak podkreśla, w ostatnich latach widzi wyraźny rozwój tej organizacji i dużą wzajemną pomoc między rzemieślnikami.
W swoim salonie szkoli także uczniów. To dla niej ważna część pracy, choć młode pokolenie wymaga dziś innego podejścia.
– Czasem trzeba zacząć od podstaw – nie tylko fryzjerstwa, ale też organizacji pracy, podejścia do klienta.
Największy nacisk kładzie na czystość, precyzję i komunikację.
– Klient musi od wejścia czuć, że jest ważny. To się buduje od pierwszego kontaktu.
Jak dodaje, praca z uczniami to proces obustronny – oni uczą się zawodu, a ona sama… cierpliwości.
Zawody rzemieślnicze, jak fryzjerstwo, mimo nieustannych zmian, mają przed sobą jasną przyszłość.
– Włosy zawsze będą rosły – mówi z uśmiechem Renata.
Zmieniać się będą techniki i trendy, ale nie solidne fundamenty – relacja z drugim człowiekiem oraz rzetelna praca.


