103 lata pani Leokadii

2
1126
fot. Weronika Kieliba / UM Tychy

Mieszkanie pani Leokadii nie zdradza wieku swojej właścicielki ciszą ani bezruchem. Jest pełne kwiatów – żywych i suszonych – porcelany, drobnych bibelotów i fotografii, które wyglądają jak przystanki na bardzo długiej drodze przez XX i XXI wiek. To tu, w Tychach, mieszka od ponad sześciu dekad 103-letnia Tyszanka, o której niezwykłej historii redakcja dowiedziała się na początku roku, przy okazji jej urodzin i wizyty prezydenta miasta, Macieja Gramatyki.

Pani Leokadia urodziła się 1 stycznia 1923 roku. Choć wiek mógłby sugerować kruchość, ona sama emanuje energią i uważnością. Drobna postura, wyprostowana sylwetka, bystre spojrzenie. Mieszka sama. Wszystkie codzienne sprawy – zakupy, wizyty lekarskie, urzędowe formalności – załatwia samodzielnie. Na drugie piętro bez windy wchodzi o własnych siłach. Jak mówi, „dopóki człowiek się rusza i myśli, dopóty jest naprawdę obecny”.

Co w życiu ma sens

Rozmowa szybko schodzi na sprawy zasadnicze. Nie zaczynamy od dzieciństwa, lecz od refleksji nad teraźniejszością.

– Świat stoi otworem. Można się uczyć bez końca, zmieniać, próbować. Ta ciekawość życia jest bardzo ważna – mówi. I dodaje, że najgorsze, co może się człowiekowi przytrafić, to zatrzymanie się, zatracenie swoich pasji.

W trakcie naszej rozmowy często wraca do dwudziestolecia międzywojennego – czasu dorastania.

– To był czas ogromnej energii. Po 123 latach zaborów ludzie naprawdę czuli, że budują coś wspólnego – państwo, kulturę, tożsamość – podkreśla.

Tym sposobem wracamy do źródeł. Urodziła się w Wolbromiu. Po ukończeniu sześciu klas z siedmioklasowej wówczas szkoły podstawowej Leokadia wyjechała do Brzeska, gdzie rozpoczęła naukę w renomowanym gimnazjum, którą przerwał wybuch wojny.

Wojna wszystko zabiera

Jej wspomnienia z tamtego czasu są pozbawione zbędnego dramatyzmu, ale przez to jeszcze mocniejsze. Jedna historia wystarcza, by zrozumieć skalę przeżyć. Kiedy urząd, w którym pracował brat sprawujący wówczas nad nią opiekę, został ewakuowany wraz z rodzinami pracowników, rozpoczęła się ucieczka na wschód. Nad Bugiem droga została odcięta przez wojska sowieckie, które wkroczyły na tereny Polski. Trzeba było wracać, mając przed sobą wrogie wojska niemieckie, a za sobą – rosyjskie. Powrót nie był ani łatwy, ani przyjemny.

– Wracaliśmy na furmankach, nikt do końca nie wiedział, jak wygląda sytuacja w innych częściach kraju. Kupno kawałka chleba, czy wymiana za coś swojego, było praktycznie niemożliwe – wspomina.

Po powrocie do Brzeska okazało się, że niemieckie władze budynek gimnazjum zamieniły na szpital. Rozpoczęły się szeroko zakrojone represje i aresztowania, między innymi uczniów owego gimnazjum. Pani Leokadia zdecydowała o wyjeździe do Wolbromia.

– Kolega i koleżanka z mojej klasy zostali wywiezieni do Tarnowa, by następnie trafić do obozu w Oświęcimiu. Kolega został tam zamordowany, koleżanka na szczęście przeżyła – mówi pani Leokadia.

Koleje losu

Po wojnie, mimo młodego wieku, zaczęły się jej zmagania ze zdrowiem. Mimo tego nie poddała się. Pracowała, by móc opłacić  i ukończyć naukę w gimnazjum.

– Przedwojenne grono profesorskie zorganizowało naukę dla chętnych ukończenia przerwanej edukacji, jednak ze względu na skomplikowaną sytuację i powojenną rzeczywistość, nauka była płatna. Uczniowie co miesiąc musieli wpłacać naprawdę dużą sumę – wspomina.

W późniejszych latach mieszkała w Kudowie-Zdroju, gdzie zetknęła się z jedną z pierwszych dużych maszyn liczących. Została księgową.

–  Trzeba było się nauczyć wszystkiego od podstaw, nie miałam wykształcenia w tym kierunku, ale to była jedyna możliwość – mówi.

Po kilku latach przeniosła się do Świnoujścia, co bardzo mile wspomina. Kolejnym etapem były Katowice, by w grudniu 1962 roku osiedlić się w Tychach. Tu dostała mieszkanie i tu została do dziś.

– To był naprawdę duży przeskok. Z miejscowości uzdrowiskowych – w sam środek śląskiego przemysłu. Na szczęście Tychy były inne. Zielona przestrzeń, wspaniali architekci, którzy mieli na uwadze wygodę życia mieszkańców. Wszystko było przemyślane, stanowiło wartość dodaną do miasta – opowiada. – Myślę, że my, jako mieszkańcy Tychów mamy ogromne szczęście. Doceniajmy ten nasz kawałek tyskiej ziemi.

Tajemniczy ogród

W Tychach jej życie nabrało spokojniejszego rytmu, choć – jak przyznaje – bywało samotne. Ukojenie znalazła w ogrodzie. Nie lubi słowa „działka”.

– To nie jest kawałek ziemi. To żywy organizm. Cały świat, który oddycha razem z człowiekiem – tłumaczy. – Uwielbiam obserwować, jak rośliny zmieniają się zależnie od pory dnia, jak funkcjonują zgodnie z porami roku. To fascynujące, choć wymagające wiele pracy. Nigdy nie powiem jednak, że coś dla ogrodu poświęciłam, bo to tak, jakbym musiała coś oddać, a było wręcz przeciwnie – tylko zyskałam.

Przez lata to właśnie natura była jej największą pasją. Dziś, gdy nie jest już w stanie samodzielnie pielęgnować ogrodu, rośliny wypełniają jej mieszkanie – jakby przeniosła swój azyl do środka.

Opowieść pani Leokadii nie potrzebuje patosu ani wielkich słów. Jest dowodem na to, że każda ludzka historia zasługuje na wysłuchanie. I że mądrość nie polega na ocenianiu świata, lecz na uważnym przeżywaniu czasu, który został nam dany.

– Człowiek ani się obejrzy, a już właściwie po wszystkim. Trzeba żyć, a przyszło nam żyć na kawałku najpiękniejszej, polskiej ziemi. Krok za krokiem wypełniać swoje dni. Żeby nie było za późno – mówi na pożegnanie.

2 KOMENTARZE

  1. Wszystkiego najlepszego dla Pani Leokadii. Dużo zdrowia i samych pięknych chwil w kolejnych latach życia 🌹

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj