Kilkanaście minut jazdy z Tychów wystarczy, by znaleźć się w zupełnie innym świecie. W Orzeszu, z dala od miejskiego zgiełku, działa Ale Ranczo – wyjątkowe miejsce, w którym codzienność wyznaczają potrzeby zwierząt, a misją jest budowanie wrażliwości i empatii. To nie jest klasyczna fundacja ani formalne stowarzyszenie. To przestrzeń stworzona z serca, konsekwencji i odwagi, by postawić wszystko na jedno marzenie.
Dziś Ale Ranczo jest domem dla około 140 zwierząt: koni, kóz, alpak, świń, królików czy baranów kameruńskich. Każde z nich ma swoją historię – często trudną, czasem dramatyczną – i każde znalazło tu bezpieczną przystań. Za tym miejscem stoi Aleksandra Witek Ignatowska, dla której zwierzęta od dzieciństwa były czymś znacznie więcej niż tylko hobby.
Od marzenia do życiowej misji
– Urodziłam się w Łaziskach Górnych, ale jako dziesięciolatka przeprowadziłam się tutaj. Jak wiele dziewczynek marzyłam o jeździe konnej. Rodzice się zgodzili, ale pod warunkiem, że będę dobrze się uczyć – wspomina Aleksandra. Warunek został spełniony z nawiązką: szkoła ukończona z wyróżnieniem, a czas wolny spędzany w stajni oddalonej o kilometr od domu.
Później przyszły studia dietetyczne w Krakowie, praca w zawodzie, a po uzyskaniu tytułu inżyniera – pierwszy koń, prezent od taty. Do niego dołączył drugi, a zwierzęta zamieszkały w stajni zbudowanej siłami ojca. Aleksandra łączyła pasję z pracą dietetyczki, a następnie – po kolejnych zawodowych zmianach – prowadziła restauracje w Bielsku-Białej i przez krótki czas także w Tychach.
– Wszystko zmieniło się, gdy urodził się mój syn. Wiedziałam, że nie dam rady dalej funkcjonować w takim trybie. Musiałam wybrać: gastronomia czy zwierzęta. Postawiłam wszystko na jedno marzenie – mówi.
Ratunek zamiast wyroku
Pierwszym uratowanym zwierzęciem był koń – staruszek o imieniu Rudy, wykupiony z ubojni za symboliczną kwotę liczoną „na kilogramy”. To doświadczenie stało się początkiem lawiny dobra.
– Handlarze rzadko chcą sprzedawać zwierzęta ludziom, którzy chcą zapewnić im spokojną starość. Ale czasem trafiają się wyjątki – opowiada Aleksandra.
Za Rudym przyszły kolejne ocalone istnienia. Każde uratowane życie to radość, ale i ogromna odpowiedzialność.
– Do pożegnań nie da się przyzwyczaić. Zawsze są bardzo trudne. Ale w tym wszystkim nie chodzi o mnie. Zwierzęta zasługują na opiekę i bezpieczeństwo do końca swoich dni – podkreśla.
Codzienność pełna niespodzianek
Dzień na Ale Ranczo zaczyna się wcześnie: trzeba wyprawić synka do przedszkola, a potem wejść w świat zwierząt, gdzie nie ma rutyny.
– Nigdy nie wiem, co zastanę. Może przewrócone ogrodzenie, może narodziny koźlęcia, a może pilna interwencja weterynarza. Nudy tu nie ma – mówi właścicielka rancza.
Wieczorem znów przychodzi czas karmienia i doglądania podopiecznych. To praca wymagająca, fizyczna i emocjonalna, ale – jak podkreśla Aleksandra – dająca ogromne poczucie sensu.
Nauka empatii
Jednym z filarów Ale Rancza jest edukacja.
– Zwierzęta czują, a my jesteśmy im winni szacunek i opiekę – mówi Aleksandra, która regularnie prowadzi prelekcje w szkołach i przedszkolach. Dzieci przyjeżdżają też na ranczo, by na własne oczy zobaczyć, jak wygląda codzienność uratowanych zwierząt.
– Pokładam ogromną nadzieję w młodym pokoleniu. Dzieci są ciekawe, uważne, chłoną wiedzę. Są jak czyste płótna – możemy zaszczepić w nich naprawdę dobre wartości – podkreśla.
Ale Ranczo bierze też udział w wydarzeniach społecznych, takich jak Tyski Marsz dla Zwierząt, gdzie symbolem obecności była koza Bajka – prawdziwa ambasadorka empatii na czterech nogach.
Sielska przestrzeń otwarta dla wszystkich
Ranczo żyje przede wszystkim dzięki odwiedzającym. Każdy może przyjechać, napić się kawy lub herbaty, zjeść domowe ciasto czy gofra. Już od furtki gości witają ciekawskie kozy i alpaki. Na miejscu czeka strefa chilloutu z hamakami i poduchami, co latem tworzy prawdziwie sielski klimat.
W kalendarzu wydarzeń są pikniki, bieg charytatywny, zlot traktorów, jesienna farma dyniowa, grudniowa szopka w wersji XXL, a zimą – kuligi za traktorem i rozgrzewające smakołyki. Wszystko po to, by miejsce mogło się utrzymać i nadal ratować kolejne zwierzęta.
– Mogłabym tylko organizować zbiórki i prosić o pieniądze, ale wybrałam inną drogę. Otworzyłam drzwi do mojego świata. Wstęp jest bezpłatny, a każdy może dorzucić dowolną kwotę do skarbonki – tłumaczy Aleksandra. – Są trudniejsze momenty, ale wierzę, że jeśli robi się coś prosto z serca, to nie może się nie udać.
Form wsparcia? Bez liku. Dobra wiadomość dla najmłodszych – na miejscu można zorganizować wyjątkowe urodziny. Ponadto skorzystać można z nauki jazdy konnej. Aby wesprzeć te wyjątkowe miejsce można je także po prostu odwiedzić, dorzucić darowiznę do skarbonki, wziąć udział w internetowym bazarku, zakupić kalendarz czy po prostu przekazać informację dalej. Czasem to właśnie jedno polecenie sprawia, że ktoś kolejny trafia do Orzesza – i zostaje na dłużej.
Aktualności dostępne są w mediach społecznościowych Ale Rancza.







