Życie zamiast rekordów – droga na World Transplant Games

1
231
Artur Kruczek (z Polską flagą). Fot. arch. pryw.

Kiedy w maju 2014 roku Artur Kruczek przekraczał próg nowo otwartej przychodni na Orzeszkowej w Tychach, myślał tylko o wygodzie. – Chciałem mieć lekarza po drugiej stronie ulicy. W papciach przejdę, jak coś się stanie – wspomina. Był zdrowy, wysportowany, grał w piłkę, trenował na siłowni. Rutynowe badania krwi i moczu miały być formalnością. Kilka godzin później znalazł w drzwiach kopertę z napisem „Bardzo ważne”.

W środku wyniki badania i numer telefonu do lekarza. – Wyniki nic mi wtedy nie mówiły, ale skoro przychodnia zostawia coś w drzwiach, to wiesz, że to jest ważne – mówi.
Rozmowa z lekarką była krótka: bardzo złe wyniki krwi, skrajna małopłytkowość – 9 tysięcy płytek przy normie 150–450 tysięcy. Zalecenie: powtórzyć badanie w szpitalu wojewódzkim. Po porannym pobraniu krwi Artur pojechał… rozegrać mecz w Oldboysach.
– Czułem się świetnie. Byłem przekonany, że to jakiś błąd. Zagrałem mecz, a potem wpadłem na konsultację. Już mnie z tego szpitala nie wypuścili – wspomina. Biopsja szpiku rozwiała wątpliwości – ostra białaczka szpikowa.

50 na 50

W Katowicach w Klinice Hematologii i Transplantacji Szpiku Artur po raz pierwszy usłyszał, jakie naprawdę ma szanse. Profesor Helbig, doświadczony hematolog, nie owijał w bawełnę. – Zapytałem go wprost: panie profesorze, jakie mam rokowania? Spojrzał na mnie i powiedział: pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. Ani więcej, ani mniej – wspomina.

To była rozmowa, która mogła załamać. Ale Artur odebrał ją inaczej. – Profesor dodał jeszcze, że połowa sukcesu to mocna głowa. Że jestem młody, wysportowany i że to gra na moją korzyść. Te słowa mnie trzymały. Pomyślałem: skoro jest pięćdziesiąt procent, to czemu mam nie być po tej lepszej stronie? – mówi.

Leczenie zaczęło się natychmiast, bez chwili zwłoki. Silna chemia, izolatka, całkowity spadek odporności. – Wiedziałem, że czeka mnie wojna. I że od tego, jak ją rozegram w głowie, zależy bardzo dużo. Już po pierwszej chemii pojawiła się iskra nadziei. Zajęcie szpiku spadło z 66% do granicy błędu statystycznego. To był moment, w którym poczułem, że mam szansę. Profesor miał rację. Trzeba wierzyć i walczyć – mówi Artur.

Dawca z Niemiec

Dawcę znaleziono po kilku miesiącach poszukiwań, i to w Niemczech. Nazywa się Jens, z zawodu jest lekarzem – kardiologiem i pulmonologiem. – To bardzo dobry człowiek, w dodatku okazało się, że jesteśmy zgodni jak mało kto. Ta sama płeć, ta sama grupa krwi, zgodność genetyczna 10 na 10. Mam wrażenie, że los chciał, żebyśmy się spotkali. Jesteśmy zgodni nawet w rzeczach drobnych, nasze urodziny dzieli zaledwie dzień. Teraz to już nie jest tylko dawca, to jest przyjaciel – opowiada Artur.

Jens oddawał komórki macierzyste w Ulm 19 grudnia. Kilka godzin później, już nad ranem, Artur otrzymywał ten sam worek z komórkami w katowickiej klinice. – To było wszystko na świeżo, nie mrozili tego. Jakbyśmy byli połączeni niewidzialną nicią – wspomina. Najtrudniejszym etapem leczenia była dla Artura izolacja. Po przeszczepie spędził w izolatce blisko trzy miesiące. To był czas odcięcia od świata, w którym każdy dzień wyglądał tak samo: kroplówki, badania, kroplówki. – Byłem zamknięty w czterech ścianach, bez kontaktu z ludźmi, nawet rodzina nie mogła mnie odwiedzać. Psychicznie to było wykańczające – wspomina.

Cała uwaga skupiała się na walce organizmu z chorobą. Z dnia na dzień tracił siły, a jednocześnie czekał w napięciu na wyniki kolejnych badań. – Czasem miałem wrażenie, że dni się zlewają, że jestem zawieszony w jakimś bezczasie. To była walka nie tylko z białaczką, ale i z samotnością – mówi.

Najtrudniej było wieczorami. Cisza szpitalnego korytarza, świadomość, że nie można się przytulić do bliskich, że trzeba trzymać dystans nawet w obecności najbliższych. Paradoksalnie, nawet w najcięższym czasie izolacji Artur nie odciął się całkowicie od pracy. – Miałem laptopa i telefon, więc normalnie działałem z łóżka. Byłem na chorobowym, ale jednocześnie czułem, że muszę coś robić, żeby nie zwariować – wspomina. W izolatce dzień dzielił na dwa światy: jeden to kroplówki, badania i lekarze, drugi – logowanie się do systemów, odpisywanie na maile, telefony służbowe. Praca dawała mu namiastkę normalności i pozwalała oderwać myśli od choroby.

– Dzięki temu miałem poczucie, że nie jestem tylko pacjentem, że wciąż mam wpływ na coś poza tymi czterema ścianami. To była taka moja terapia – mówi. Choć fizycznie był coraz słabszy, psychicznie podtrzymywało go właśnie to, że miał codzienny rytm, obowiązki i kontakt ze światem zewnętrznym. Przeszczep się przyjął i od początku dawał dobre rokowania, ale droga do pełnego zdrowia była długa. Artur musiał codziennie przyjmować silne leki immunosupresyjne, które tłumiły odrzut, a jednocześnie obciążały organizm i wymagały stałej kontroli lekarzy.

Od tego czasu Artura i Jensa łączy szczególna więź. Poznali się osobiście, kiedy Jens wraz z rodziną przyjechał do Tychów. Zwiedzali Kraków, Muzeum Auschwitz, byli też w Urzędzie Miasta Tychy, gdzie prezydent podziękował mu za uratowanie życia mieszkańca Tychów. Z Jensem utrzymują stały kontakt, regularnie do siebie piszą, odwiedzają się. – Moi znajomi śmieją się, że dostałem ratujące życie komórki, i to jeszcze profesorskie. Ale ja zawsze powtarzam, że miałem furę szczęścia, trafiając na takiego człowieka – mówi Artur.

Wrócić do siebie

Rok po przeszczepie Artur postanowił zrobić coś, co jeszcze niedawno wydawało się nierealne – założył buty do biegania. – Chciałem przebiec pięć kilometrów. Wyszedłem z domu, zrobiłem rozgrzewkę, ruszyłem… Po trzystu metrach oddychałem rękawami. Nogi jak z waty, płuca jakby ktoś ścisnął. Wtedy dopiero zrozumiałem, jak długą drogę mam przed sobą – wspomina.

Nie poddał się jednak. Zaczął od krótkich dystansów, czasem 200–300 metrów przeplatanych marszem. Potem pół kilometra, kilometr. – To była mozolna robota, ale każdy dodatkowy metr dawał satysfakcję. Czułem, że odbudowuję nie tylko mięśnie, ale i głowę – mówi.

Cały proces trwał dwa i pół roku. Były dni, że wstawał rano i nie chciał wierzyć, że kiedykolwiek biegał po 10–15 kilometrów. Ale wracał na trasę, bo wiedział, że innej drogi nie ma. Symbolicznym momentem był Bieg Korfantego w Katowicach w 2019 roku – jego pierwszy oficjalny start po chorobie.

– To było niesamowite uczucie. Stanąć na starcie razem z innymi, poczuć atmosferę zawodów, a potem minąć linię mety. Wtedy wiedziałem, że wracam do siebie – przyznaje.

Równolegle wracał też na boisko, do swojej drużyny oldboysów. – Koledzy od początku choroby byli ze mną. Jak nie mogłem grać, to wpadałem do szatni. Gdy wróciłem na murawę, poczułem, że historia zatoczyła koło. Znowu byłem częścią drużyny – mówi z uśmiechem. Wspierała go także żona, która w czasie jego leczenia zaczęła biegać, a z czasem przebiegła maratony w Polsce i Europie. – Jeśli ona daje radę, to ja też muszę. Jej siła pociągnęła mnie do przodu – dodaje.

Droga na olimpijską bieżnię

Do świata sportu transplantacyjnego Artur trafił trochę przypadkiem. – Widziałem gdzieś w internecie relację z mistrzostw europy po transplantacji w Lizbonie. Pomyślałem: kurczę, przecież ja też biegam, też gram w piłkę. Napisałem maila, zapytałem, jak to wygląda. Okazało się, że istnieje Polskie Stowarzyszenie Sportu po Transplantacji i że można się do niego zapisać – opowiada.

W 2025 roku po raz pierwszy spróbował swoich sił w mistrzostwach Polski w Kielcach. Atmosfera od razu go porwała. – Tam poznałem ludzi, którzy przeszli podobną drogę do mojej. Każdy z nich miał swoją historię, każdy walczył o życie. Nagle poczułem, że jestem wśród swoich. I że sport może być czymś więcej niż tylko rywalizacją. Może być świadectwem – mówi.

Po dobrym starcie w Kielcach dostał powołanie do reprezentacji Polski. Decyzja zapadła: pojedzie na World Transplant Games w Dreźnie, największą i najważniejszą imprezę sportową dla osób po przeszczepach, odpowiednik olimpijskich igrzysk. – To jest prawdziwa olimpiada – 51krajów, dwa i pół tysiąca sportowców. Tylko że zamiast historii rekordów mamy historie życia – tłumaczy.

Na niemieckich arenach zapisał się do pięciu konkurencji: biegach na 800, 1500 i 5000 metrów, a także w piłce nożnej i tenisie stołowym w deblu. – Biegi to moja baza, w piłce czuję się jak w domu, a tenis stołowy… no cóż, nigdy nie byłem mistrzem ping-ponga, ale najważniejsze, że będziemy walczyć razem – śmieje się.

Dla niego sam udział jest nagrodą. – Nie jadę po medale. Oczywiście fajnie by było stanąć na podium, ale dla mnie sukcesem jest to, że w ogóle mogę tam być, że przebiegłem tę drogę, od diagnozy, przez przeszczep, po start w Dreźnie – podkreśla.

Patrząc wstecz, Artur wie, że jest szczęściarzem. Z choroby, która z dnia na dzień przewróciła życie, wyszedł zwycięsko. Wrócił do sportu, pracy, normalności. Utrzymuje przyjaźń z człowiekiem, który uratował mu życie. Teraz walczył na olimpiadzie z polską flagą na piersi.

Oprócz biegu na 5 km, w którym zajął 11. miejsce (na 500 zawodników) z życiówką 21:30, spróbował sił także w innych dyscyplinach. W tenisie stołowym w deblu, mimo ambitnej walki, nie udało się wyjść z grupy, a w turnieju piłki nożnej reprezentacja Polski zajęła 6. miejsce.
– Achilles odmówił mi posłuszeństwa i musiałem odpuścić bieg na 1500 m. Do 800 m podszedłem z kontuzją, ale i tak udało mi się poprawić życiówkę o 15 sekund i zająłem 10. miejsce, będąc w finale – relacjonuje tyszanin. – Jeszcze rok temu nawet by mi się nie śniło, że stanę na olimpijskiej bieżni. Przyjechałem po emocje, po ludzi, po radość z uprawiania sportu. Reszta była dodatkiem.

– To, że mogłem pobiec z flagą na piersi, to dla mnie symbol. Kiedyś leżałem w izolatce i nie wiedziałem, czy w ogóle zobaczę jeszcze boisko czy bieżnię. Teraz jestem tu, wśród tysięcy ludzi po przeszczepach, którzy też wygrali swoją walkę. I każdy z nas, bez względu na wynik, już jest zwycięzcą. Sport po transplantacji to nie pogoń za rekordami, tylko święto życia i wdzięczności. Chcę pokazać innym, że warto wierzyć i się nie poddawać, bo nigdy nie wiadomo, dokąd ta droga nas zaprowadzi. Mimo kontuzji miałem wspaniały wyjazd. Na stadion przyjechał Jens, mój dawca z żoną, razem kibicowali podczas startów, a wieczorem spotkaliśmy się na wspólnej kolacji. To są momenty, które pamięta się całe życie. Sport daje medale, ale takie chwile dają prawdziwe szczęście – podkreśla Artur.

 

 

 

 

1 KOMENTARZ

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.