„Zmarły” wciąż żywy!

0
165
fot. Piotr Podsiadły

Przed trzecim ćwierćfinałowym spotkaniem koszykarzy GKS-u Tychy z WKK Wrocław, na tyskiej hali odbyła się uroczystość na cześć Pawła Zmarlaka, który świętował pobicie rekordu ligi pod względem liczby występów. „Profesor jest tylko jeden” – można było przeczytać na okolicznościowym banerze. Dla „Zmarłego”, jak zwracają się do zawodnika koledzy z drużyny, był to 512 występ na pierwszoligowych parkietach. O swoim wyczynie koszykarz rozmawiał z Piotrem Podsiadłym.

Ponad pół tysiąca rozegranych spotkań w pierwszej lidze to imponująca liczba! Tym bardziej biorąc pod uwagę fakt, że zawodowo zaczął Pan grać w koszykówkę bardzo późno…

Od kiedy pamiętam, zawsze lubiłem sport i aktywność fizyczną. Od najmłodszych lat byłem zafascynowany piłką nożną. Lubiłem pozycję bramkarza. Dużo graliśmy na podwórku i przez pewien czas trenowałem w zespole A-klasowym. Natomiast koszykówką zacząłem interesować się pod koniec lat 90., kiedy w naszym kraju pojawiła się „moda” na NBA. W liceum miałem kolegę, który trenował w młodzieżowym klubie z Sosnowca i ja również przez pewien czas tam grałem. Później, z uwagi na wiek, nie mogliśmy już występować w juniorach, a ja miałem dwuletnią przerwę od regularnych treningów. W koszykówkę grywaliśmy wtedy na osiedlu. Następnie, w wieku 20 lat postanowiłem spróbować swoich sił w CKS Czeladź, która grała w drugiej lidze. No i tam „odpaliłem”.

Z zespołem z Czeladzi awansowaliście do pierwszej ligi i w kolejnym sezonie zaczął Pan, jeszcze wtedy zapewne zupełnie nieświadomie, budowanie aktualnego rekordu.

Już w pierwszym sezonie trochę tych spotkań się nazbierało, bo awansowaliśmy aż do półfinału i walczyliśmy o Ekstraklasę. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że rozegram w pierwszej lidze ponad 500 spotkań. Po tym sukcesie CKS praktycznie… przestał istnieć. Wtedy przeniosłem się się do Tychów, do zespołu Big Stara i z nową drużyną ponownie awansowałem na zaplecze Ekstraklasy.

Trafił Pan na dobry okres, bo wraz z awansem do pierwszej ligi, tyska drużyna przeniosła się na nową halę sportową, na której swoje domowe spotkania rozgrywa do dziś.

Tak. Wcześniej swoje mecze rozgrywaliśmy w hali sportowej przy szkole „zegowskiej”. Pamiętam, że kiedy przyjeżdżały mocniejsze zespoły, albo kiedy graliśmy w play-offach, to kibice musieli stać… na zewnątrz, bo nie byli w stanie się pomieścić na hali. Ja po awansie Big Stara, kolejny sezon spędziłem w Rybniku. Po powrocie zespół grał już na nowej hali. Na pewno komfort był dużo większy, choć trzeba też zwrócić uwagę, że od tamtej pory ta hala praktycznie w ogóle się nie zmieniła.

Potem grał Pan w MKS-ie Dąbrowa Górnicza, gdzie zadebiutował Pan w Ekstraklasie. Na najwyższym szczeblu rozgrywek grał Pan też w GTK Gliwice. A potem, przed powrotem do Tychów, w AZS AGH Kraków. Jest jakiś okres w karierze, który Paweł Zmarlak wspomina z wyjątkowym sentymentem?

Miałem szczęście, bo we wszystkich klubach, w których grałem, zawsze panowała bardzo dobra atmosfera. Spotkałem w nich świetnych ludzi. Nie tylko zawodników, ale i trenerów czy pracowników. Ze wszystkich rozegranych sezonów tylko jeden wspominam nie najlepiej. Ale to nie ze względu na atmosferę, a przez kontuzje, z którymi się wtedy borykałem.

Jeśli mowa o kontuzjach, to poza wspomnianym sezonem, raczej one Pana omijały. Myślę, że miało to ogromny wpływ na rekord występów w pierwszej lidze.

Przez całą karierę było sporo meczów, w których grałem na własną odpowiedzialność. Z mniejszymi lub większymi urazami, czy podczas choroby. Jeśli tylko uznawałem, że dam sobie radę, to grałem. Jeśli chodzi o poważne kontuzję, to miałem szczęście, bo te mnie omijały i długich przerw w grze nie miałem.

Czy 42-letni Paweł Zmarlak ma przepis na długowieczność?

Od zawsze starałem się dbać o formę fizyczną. Nie tylko w trakcie sezonu, ale i podczas przerw pomiędzy. Myślę, że to później procentuje i omijają mnie dzięki temu kontuzje, które mogłyby być spowodowane złym przygotowanie do rozgrywek. Czasami sobie myślę, że ciągle chce mi się grać właśnie przez to, że później zacząłem. Często dzieci zaczynają trenować w bardzo młodym wieku, mają mnóstwo zajęć i treningów, co może powodować przesyt. To co robię, sprawia mi wielką przyjemność. Taką samą jak wtedy, kiedy jako dziecko z kolegami grałem w koszykówkę na podwórku. Od zawsze mogłem także liczyć na wsparcie rodziny.

Wyznacza Pan sobie jakąś granice?

Nie jest mi to do niczego potrzebne. Zastanawiałem się nad zakończeniem kariery już kilka razy, ale dopóki ktoś uważa, że moje umiejętności i kondycja cały czas są na wystarczającym poziomie, aby mieć wpływ na jakość drużyny, to jestem do dyspozycji. Oceniam także sam siebie. W trakcie i po zakończeniu każdego sezonu analizuję swoją grę, samopoczucie, radość z grania, stan zdrowia. Do tej pory zawsze moje ciało podpowiadało mi, że to jeszcze nie koniec. Poza tym mam idealny układ z żoną. Powiedziała mi już wiele lat temu, że kiedy nadejdzie taki moment, że nie będę się już nadawał do gry, to ona jako pierwsza mi o tym powie. I tego się trzymam!