Rozmowa z Jadwigą Gryn: W Tychach czuję się najlepiej!

0
6224
fot. archiwum prywatne

Jadwigę Gryn na co dzień możemy „spotkać” na szklanym ekranie – w długometrażowych produkcjach filmowych, serialach czy w reklamach, a także usłyszeć jej głos, kiedy przed mikrofonem wciela się w… papugę czy odkurzacz. Choć urodziła się w Łodzi, mieszka w Warszawie, w sercu jest tyszanką. To właśnie w naszym mieście się wychowała, tutaj chodziła do szkoły i biegała po znajdujących w okolicy Żwakowa łąkach, górkach i lasach. Z Tychów wyruszyła w „wielki świat”, aby realizować swoją największą pasję – aktorstwo. O przeszłości związanej z Tychami oraz o teraźniejszości, z Jadwigą Gryn rozmawiał Piotr Podsiadły.

W Pani „metryce” możemy znaleźć kilka różnych miejscowości: Łódź, Katowice, Tychy czy Warszawę. Do której z nich czuje Pani największy sentyment?

Jadwiga Gryn: Urodziłam się w Łodzi, tam mieszka duża część mojej rodziny. Tam również realizowałam jedno z moich największych marzeń – studia na łódzkiej „filmówce”, które ukończyłam w 2007 roku. Obecnie mieszkam w Warszawie. Z przedmieściami stolicy wiążę się ważny okres w moim życiu, kiedy wchodziłam w dorosłość. Katowice to z kolei pierwsze miasto na Górnym Śląsku, do którego przeprowadziliśmy się z Łodzi, kiedy tata znalazł pracę w górnictwie. Później, kiedy miałam sześć lat, trafiliśmy do Tychów i… to miejsce, które zawsze będę nosiła w moim sercu. Za każdym razem, kiedy wracam mam wrażenie, że jest tutaj ogromna przestrzeń, jest czym oddychać. Kocham Tychy. Gdyby był tutaj teatr zawodowy, nigdy bym z tego miasta nie chciała wyjechać.

Które miejsca w naszym mieście wspomina Pani najlepiej i do których lubi wracać, kiedy przyjeżdża do Tychów?

Wychowałam się w blokach przy ulicy Księdza Eugeniusza Świerzego. Kiedy byłam dzieckiem śmialiśmy się, że ktoś popełnił… błąd ortograficzny. Pamiętam, że po przeprowadzce z Katowic byłam bardzo szczęśliwa, bo w Tychach nie było smogu, a ja się zawsze tego „smoka” bardzo bałam. Z balkonu mieliśmy widok na łąki, gdzie pasły się krowy. Mogliśmy chodzić do gospodarza po świeże mleko czy jajka, a zaraz obok była piekarnia. Czasami zdarzało nam się chodzić tam od strony podwórka i udawało się kupić chleb, omijając całą kolejkę, która ustawiała się przed wejściem. Do lasu było mniej więcej dziesięć minut drogi. Uwielbiałam tam jeździć na rowerze z moją przyjaciółką. Rzucałyśmy rowery i uczyłyśmy się wspólnie. Zawsze wolałam uczyć się na świeżym powietrzu, niż w domu. Lubiłam chodzić na Żwaków, bo tam zawsze było trochę inaczej. Można było poczuć wyjątkowy, wiejski klimat, usłyszeć kogoś, kto mówił gwarą. Z rodzeństwem lubiliśmy także spędzać czas na Paprocanach. Zawsze ciągnęło mnie do natury.

Wspomniała Pani o Łódzkiej Szkole Filmowej, ale żeby tam trafić, trzeba było przejść wcześniejsze szczeble edukacji.

Tak. Po przeprowadzce do Tychów trafiłam do przedszkola nr 6. Jako dziecko byłam bardzo uparta. W przedszkolu miałam problemy… z wychowawczynią. Próbowała mi narzucać pewne rzeczy, a ja bardzo tego nie lubiłam. Pewnego dnia doszło do tego, że pani wychowawczyni zagroziła dyrekcji przedszkola – albo ja, albo ona. Zerówkę kończyłam więc w oddziale przedszkolnym Szkoły Podstawowej nr 37, gdzie później rozpoczęłam swoją szkolną edukację. Po „podstawówce” chodziłam natomiast do Liceum Ogólnokształcącego nr 4 im. Gustawa Morcinka.

Ciągnęło Panią do natury i lubiła Pani spędzać czas na Paprocanach. To właśnie Paprocany, z Pani inicjatywy, stały się miejscem, gdzie nakręcony został film, w który wraz z Cezarym Pazurą zagrała Pani główną rolę.

Jako aktorka, ale przede wszystkim tyszanka, bardzo chciałam pokazać, jak wiele fantastycznych miejsc znajduje się w naszym mieście. Przede wszystkim tych związanych z naturą, z pięknymi lasami, w których można spotkać dziką zwierzynę, z unikatowym klimatem, które tworzą drzewa, paprocie… Materiał filmowy, który nakręcony został na Paprocanach był fantastyczny, a film nietuzinkowy. Mnóstwo było w nim przyrody, dźwięków, mocno nawiązywał do filmu „Ostatni dzień lata” z końca lat 50. Scenariusz zmuszał widza do myślenia, do własnych interpretacji tego, co miał zobaczyć na ekranie.

Miał zobaczyć, ale… nie zobaczył. „Pierwszy dzień lata” okazał się wielkim rozczarowaniem i ostatecznie zamiast do kin czy do telewizji, trafił do szuflady. Co poszło nie tak?

Można by długo wyliczać, ale chyba decydująca w tym temacie okazała się nieudolność producenta, który nie zadbał o to, aby zdobyć środki finansowe na postprodukcję oraz znalezienie dystrybutora, który zdecydowałby się ten film pokazać, a także zwyczajnie o jakość filmu. Zwróciłam się z pytaniem o pomoc w pozyskaniu środków na realizację filmu do miasta. Często bywa tak, że w ramach promocji, możliwości pokazania walorów turystycznych, historycznych czy ciekawostkowych, miasta decydują się na taki krok i partycypują w kosztach produkcji filmu, który kręcony jest właśnie w tej miejscowości. Udało się i pozyskaliśmy środki na produkcję filmu. Rolą producenta jest z kolei znalezienie środków na postprodukcję, czyli stojący na wysokim poziomie montaż, a także zapewnienie dystrybucji filmu. Niestety Krzysztof Liwiński nie stanął na wysokości zadania. Film, choć został nakręcony, to po pierwsze został fatalnie poprowadzony przy montażu, a po drugie, producent nie znalazł nikogo, kto chciałby go wydać, co może też być konsekwencją tego pierwszego.

Mówiła Pani o fantastycznych scenach nakręconych na Paprocanach. Czy rzeczywiście taki film można „zmarnować”?

Podczas kręcenia każdego filmu nagrywanych jest mnóstwo materiału. Myślę, że utalentowany montażysta jest w stanie z tych scen zmontować… dowolny gatunkowo film. Od horroru, przez film obyczajowy, po komedię. Aby jednak tak mogło być, musi się na to złożyć wiele czynników. Od wybitnych aktorów, przez reżysera z wizją, scenarzystę, charakteryzatorów, czy wspomnianych montażystów. W przypadku filmu „Pierwszy dzień lata” producent objął rolę… reżysera. Uważał, że dobrze czuje ten film, że da sobie z tą rolą radę. Niestety, w naszej branży jest mnóstwo niekompetentnych osób, które nie powinny zajmować stanowisk, które zajmują. Nakręcone przez Jacka Szymańskiego sceny były bajeczne, ale ich poprowadzenie i wizja reżyserska przy montażu pozostawiała bardzo wiele do życzenia. Powiem szczerze, że mi się ten film zwyczajnie nie podobał. Miał ogromny potencjał, który został zmarnowany.

Film był nagrywany blisko dekadę temu. Czy dzisiaj, po latach, można go gdzieś obejrzeć?

Cały materiał znajduje się u Krzysztofa Liwińskiego na dysku. Z producentem nie ma kompletnie żadnego kontaktu. My, jako aktorzy, podpisując kontrakt i biorąc udział w filmie, zrzekamy się swoich praw do wizerunku czy do materiałów, które w ramach filmu powstają. Próbowaliśmy osobno, później razem z Czarkiem, otrzymać te materiały. Zlecić je do ponownego montażu, wyciągnąć z nich to, co najlepsze i we własnym zakresie wprowadzić do obiegu. Niestety, nie mamy do tego prawa. Ani ja, ani Cezary Pazura, za udział w tym filmie do dziś nie otrzymaliśmy ani grosza. Była także prowadzona zbiórka internetowa. Na wydanie filmu uzbierano od internautów blisko 25 tysięcy złotych. Wszyscy zostaliśmy oszukani. Jest mi z tego powodu ogromnie przykro. Moja rodzina też oczywiście dołożyła do zbiórki.

Czy Cezarego Pazurę długo trzeba było namawiać do udziału w filmie?

Namawiać? On sam wziął udział w castingu. Kiedy przeczytał scenariusz, bardzo spodobała mu się postać, którą miał zagrać. Od zawsze grał raczej role komediowe i bardzo chciał pokazać się z innej strony. Dla nas, aktorek i aktorów, nie ma nic gorszego, niż zaszufladkowanie. Kiedy zostajemy skojarzeni z jednym typem postaci i wszyscy oczekują od nas tego, żebyśmy grali podobne role. Ja też zostałam zaszufladkowana, ale udało mi się od tego uwolnić, kiedy po raz pierwszy zafarbowałam włosy na kolor rudy. Od ról takiej dobrej dziewuchy czy matki, w końcu mogłam być kimś innym. Mogłam być zła, wredna, po prostu inna!

Na czym obecnie swoją uwagę skupia Jadwiga Gryn?

Aktualnie na stałe jestem w obsadzie serialu Dzielnica Strachu. Mam tam bardzo fajną rolę i gram postać, która sporo w tym serialu namiesza. Póki co jest jednak za wcześnie i nie mogę o tym mówić. Wcześniej grałam w Wydziale Kryminalnym, ale kiedy zaszłam w ciążę, musiałam sobie zrobić przerwę od aktorstwa. Dużo czasu poświęcam moim dwóm przecudownym córeczkom. Udzielam także swojego głosu do dubbingu. Uwielbiam to, kiedy przychodzę do studia i przed wejściem nie mam pojęcia, kogo dziś będę grała. Bywa tak, że przez ponad dwie godziny muszę się ciągle śmiać. Bez względu na to, jaki masz humor i co cię w życiu spotkało. To jest fantastyczne, świetna terapia na wszelkie życiowe problemy!