Marek Suslik z wyróżnieniem na Kolosach

0
153
Fot. Arch. pryw.

Marek Suslik, tyski podróżnik ekstremalny, po raz kolejny został nominowany do najważniejszej nagrody podróżniczej w naszym kraju. 22 marca przed kapitułą konkursu Ogólnopolskiego Spotkania Podróżników, Żeglarzy i Alpinistów – Kolosy przedstawił prezentację o swoich wyczynach, dzień później podczas gali wręczenia nagród odebrał wyróżnienie w kategorii „Wyczyn”.

White Wolf, bo pod takim pseudonimem prowadzi swoje media społecznościowe, odebrał wcześniej to samo wyróżnienie podczas gali Kolosy 2021 za podróż na motocyklu w najzimniejsze miejsce na ziemi – Jakuck w północnej Rosji.

Kilka lat w 30 minut

W tym roku nominację otrzymał za całokształt, czyli za projekt podróżniczy „W pogoni za mrozem”, podczas którego odwiedził przylądek Nordkapp w Norwegii (2018), Moskwę (2019), wspomniany Jakuck (2020) oraz Alaskę (2024).

„Kiedy wielu z nas stara się uciekać przed trzaskającym mrozem, Marek Suslik z entuzjazmem goni skrajnie niskie temperatury – na motocyklu. W 2018 roku rozpoczął cykl długodystansowych wypraw zimowych przez mroźne zakątki półkuli północnej. W pierwszym etapie, przy częstych śnieżycach, motorem wyposażonym w dodatkowe płozy, dotarł na Nordkapp, by następnie okrążyć Bałtyk. W 2019 roku, przy ekstremalnych warunkach termicznych i drogowych, dotarł do Jakucka, w temperaturach sięgających w skrajnym momencie nawet – 70 stopni Celsjusza. W ostatnim, zeszłorocznym etapie Marek przemierzył Kanadę od Toronto do Prudhoe Bay, a wyprawowy licznik wskazał łączny dystans ok. 40 tys. km” – czytamy w uzasadnieniu nominacji.

Cała Polska zobaczyła relację z tego projektu na żywo. Podczas swojego wystąpienia Marek Suslik w półgodzinnym materiale opowiadał o swoich wyprawach. Nie zabrakło anegdot i ciekawostek z nimi związanych.

– Najbardziej cieszę się, że mogę opowiedzieć o czymś, czego jeszcze nikt wcześniej nie dokonał w takiej postaci. Przejechałem w zimie te najzimniejsze rejony – Syberię, Kanadę, Alaskę. Dla wielu ludzi może się to wydawać absurdalne czy niemożliwe, a dzięki Kolosom mogę to opowiedzieć dużej widowni. Po wystąpieniach kapituła naradza się, porównuje dokonania podróżników i na koniec ogłaszane są wyniki. Prezentacja jest bardzo ważna, bo to jedyna szansa, żeby jurorzy i publiczność zobaczyli, co się naprawdę dokonało. To nie była tylko Alaska i Kanada, ale też wcześniej Syberia i Nordkapp. Cały koncept „W Pogoni za mrozem” trwał kilka lat i łączy się w jedną całość – tłumaczy tyszanin.

Ekstremalnie niskie temperatury

W rozmowie z nami Marek wspomina, że najniższe temperatury (około –70°C) dopadły go na Syberii w okolicach Jakucka. W pewnym momencie organizm zareagował tak silnym wychłodzeniem, że podróżnik częściowo „wyłączył się” psychicznie i wpadł w hipotermię.

– Wbrew pozorom nie chodzi o to, by podczas podróży stale dogrzewać się do maksimum. Gdy zatrzymywałem się na krótki posiłek lub herbatę gdzieś w lokalu, najczęściej pozostawałem na zewnątrz. Wejście na dłużej do mocno ogrzanego pomieszczenia, a potem wyjście z powrotem na –30°C czy –40°C jeszcze bardziej obciążało organizm. Lepiej było utrzymać stałą temperaturę ciała i nie dopuścić do gwałtownych skoków. Na Syberii, w czasie przekraczania zamarzniętej rzeki Leny, doświadczyłem bardzo niebezpiecznego momentu – wpadłem w pewien rodzaj hipotermii. Miałem wrażenie, że „wybiło mu korki z zimna” i straciłem pamięć na 25-kilometrowym odcinku. Pamiętam tylko moment wjazdu na lód i znaki ostrzegające. Kolejne wspomnienie to dopiero moment, gdy samochód towarzyszący zajechał mi drogę, bo się nie zatrzymałem na końcu przeprawy, choć taki był plan – opowiada tyszanin. W takich warunkach wystarczyło kilka minut nieuwagi, by ciało wychłodziło się do niebezpiecznego poziomu. Gdyby nie przerwana jazda i pomoc towarzyszy, podróż mogłaby skończyć się tragicznie.

666 kilometrów lodu

Na Alasce tyski podróżnik natknął się na nieznany mu wcześniej sposób przygotowywania zimowej nawierzchni. Tamtejsze służby drogowe regularnie wylewają wodę i wyrównują ją rolbami, tworząc idealnie płaskie i twarde warstwy lodu. Powstaje coś w rodzaju „lodowego asfaltu”, który daje lepsze oparcie dla wielkich ciężarówek, ale dla motocyklisty jest niezwykle śliski. Marek Suslik przyznaje, że jazda po takim lodzie to prawdziwe wyzwanie.

– W Kanadzie i na Syberii bywał ubity śnieg, który daje odrobinę przyczepności. Na Alasce trafiałem na długie, gładkie odcinki lodu, gdzie motocykl stale „tańczył” i trzeba było wyjątkowo ostrożnie manewrować. Odcinek słynnej Dalton Highway, którym dojeżdża się do Oceanu Arktycznego, liczy dokładnie 666 kilometrów. Dla miejscowych jest to swoisty symbol: „droga śmierci” i „666 km” do surowego końca Alaski. Jest to wąska, niebezpieczna trasa, poprowadzona wzdłuż rurociągu naftowego. W zimie ruch jest tam ograniczany, często jeżdżą tylko ciężarówki związane z obsługą pól naftowych. Kiedy rusza wielki konwój, zamyka się drogę na dłuższych odcinkach. Podczas tak długiej jazdy w mrozie nie można pozwolić sobie na dekoncentrację. Trzeba reagować na każdy nowy dźwięk czy wibrację motocykla, bo w tych warunkach łatwo o awarię. A jeśli coś się rozsypie na pustkowiu przy –40°C, jest się w poważnym niebezpieczeństwie. Po kilkunastu godzinach w trasie (często 10 godzin i więcej w siodle) organizm jest wyczerpany nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Monotonia oraz chłód wymuszają przerwy, gimnastykę nóg, a jednocześnie nie można zagrzać się zbyt mocno, by nie doznać szoku termicznego przy wyjściu na mróz – przypomina.

Ale po co?

Kiedy zaczynał swoje wyprawy, miał dość klarowną motywację. Chciał sprawdzić, jak daleko można przesunąć granicę jazdy motocyklem w skrajnych warunkach. Im bardziej się w to „wkręcał”, tym naturalniej pojawiał się kolejny krok, kolejny etap podróży. Z czasem, po wieloletnich przygotowaniach i kilku zrealizowanych ekspedycjach, pytanie „Po co?” stało się trudniejsze. Marek mówi, że jest w swoistych „trybach”, jakby mechanizm sam się nakręcał. Po prostu czuje, że musi dalej jeździć.

– Wiesz… Kiedy jadę przez 10 godzin dziennie, w kilku-dziesięciostopniowym mrozie, pojawia się szczególny stan koncentracji. W pewnych momentach myśl o celu i skupienie na drodze sprawiają, że zapomina się o całym otoczeniu. Liczy się tylko droga, uczucie „tu i teraz”. Droga staje się sensem, którego nie trzeba tłumaczyć. Cel jest tak jasny i czysty, jak otaczająca mnie biel. Z drugiej strony jest też nuda i monotonia, mróz i ciągły hałas silnika. Ciało czasem krzyczy, że ma dość. Wtedy muszę w sobie rozpalić to przeświadczenie, że jestem silniejszy od tych ograniczeń, że jestem w stanie unieść sytuację, w której się znalazłem, że słowa, które wypowiedziałem na początku drogi „jestem w stanie to zrobić” nie rzuciłem lekko na wiatr, tylko wypowiedziałem z pełną świadomością, popartą doświadczeniem, umiejętnościami, i odpowiedzialnością… Tak… Odpowiedzialnością za siebie i za swoją rodzinę. Nie mógłbym im tego zrobić – zamarznąć gdzieś tam na końcu świata…