Strażniczka prawdy – Anna Solska-Mackiewicz o miłości ponad szczytami

0
741
fot. arc. pryw. Anna Solska-Mackiewicz

Himalaizm to nie tylko zdobywanie szczytów – to także wybory, które zmieniają życie najbliższych. Anna Solska-Mackiewicz w szczerej rozmowie, przeprowadzonej tuż przed premierą monodramu „Hibernacja” w Teatrze Małym w Tychach, opowiada o życiu z człowiekiem, który ponad wszystko kochał góry, o trudnych momentach po jego śmierci i o tym, dlaczego wciąż walczy o prawdę.

W książce „Tomek – mój wszechświat” często używasz takich stwierdzeń, jak: „żyliśmy”, „kochaliśmy”, „wspinaliśmy się” czy nawet „umieraliśmy”. Czy miłość, która was połączyła, była tak silna od pierwszego spotkania?

W naszej relacji było coś metafizycznego, dlatego często podkreślałam, że byliśmy niemal jednością. Kiedy odszedł Tomek, umarła też część mnie. Z perspektywy czasu myślę, że nasze kręte życiowe drogi prowadziły do tego, by w końcu się ze sobą spotkać i połączyć. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam od wspólnych znajomych o Tomku, poczułam swoistą iskrę, jakiś niewytłumaczalny impuls. Chciałam go poznać, byłam bardzo ciekawa jego osoby, choć w tamtym momencie życia nie poszukiwałam romantycznej relacji. Po czasie dowiedziałam się, że ze strony Tomka sytuacja wyglądała wręcz identycznie – usłyszał o mnie i narodziła się w nim ciekawość. Nie wiem, czy określenie „miłość od pierwszego wejrzenia” jest tym, co nam się przytrafiło, ale doskonale pamiętam pierwsze spojrzenia w oczy. A oczy Tomka były niezwykłe. Śmiejące się, pełne dobrej energii, pasji i wewnętrznego spokoju. Aura, jaką roztaczał wokół siebie, była wyjątkowa, lgnęły do niego dzieci i zwierzęta. O jego charyzmie świadczy też fakt, jak wiele serc poruszył – do dziś słyszę, nawet od osób, które nie miały okazji poznać Tomka osobiście, że wiele dla nich znaczył i był w jakiś niewytłumaczalny sposób im bliski.

Śmierć jest wydarzeniem intymnym. Tomek umierał niejako „na żywo”, śledzony przez miliony widzów. W styczniu 2018 roku media wręcz zapłonęły. Czy w szumie medialnym, jaki towarzyszył wyprawie i akcji ratunkowej, można wskazać coś pozytywnego?

Reakcja ludzi były dwutorowa – z jednej strony niewyobrażalna skala hejtu, z drugiej wiele pięknych, pełnych ciepła i szczerości słów wsparcia. Dla mnie to były ogromne emocje, bardzo zaangażowałam się w obronę Tomka, kasowałam nienawistne komentarze na jego stronie, przeglądałam internetowe dyskusje i wszystko mocno przeżywałam. Dziś wiem, że było to niepotrzebne. To, co pomogło mi przetrwać ten czas, to właśnie opozycja do obrzydliwego hejtu, którego autorzy często zasłaniali się pozorną anonimowością – empatia, współczucie, zrozumienie czy ludzie, którzy pisali o Tomku jako kimś bliskim ich sercu. Chętnie udzielam wywiadów, bo nie chcę pozwolić na to, żeby został niesprawiedliwie oceniony. Chcę mówić prawdę, by strzec jego pamięci. Krystian Durman powiedział ostatnio, że jestem strażniczką prawdy o Tomku. Pragnę, by ludzie wiedzieli, jaki był w rzeczywistości, chociaż hejt przypomina trochę walkę z wiatrakami. Mimo to, ale i dzięki temu, że temat Tomka wraca, jego energia wciąż wśród nas krąży.

Do jakich wspomnień związanych z Tomkiem wracasz najczęściej?

Do naszych podróży, choć były to wyjazdy w mikro skali. Jeśli jest we mnie jakiś żal, to właśnie o to, że nie udało nam się pojechać gdzieś dalej. Nie starczyło nam czasu na to, by wspólnie zobaczyć Tatry czy Himalaje, ale i tak, nasze wyjazdy choćby nad morze, wspominam najmilej. Tomek był wtedy najszczęśliwszy – nieco oderwany od przytłaczającej codzienności, z dala od miasta, bez stresu, napięcia i cudzych oczekiwań, emanował szczęściem i dobrą energią. Naszym azylem była też Irlandia. Tomek był człowiekiem, który należał do świata przyrody. Wystarczyła delikatna nierówność terenu – wzniesienie czy pagórek – by wpadał niemal w ekstazę. Podobnie działała na niego woda. Zarówno jego, jak i moja dusza, nie należą do miasta, niezrozumiałego pędu, ulicznego gwaru.

Czy pamiątki materialne, jak śpiwór z ostatniej wyprawy, nadal wzbudzają silne emocje?

Z biegiem czasu podchodzimy do nich inaczej. Stały się naturalnym elementem naszej rodzinnej codzienności, na przykład puchowa kurtka – zdarza się, że ja czy dzieci ją zakładamy. Nie jest jednak magicznym artefaktem. Niedawno pomyślałam, że po Tomku właściwie niewiele zostało, bo zupełnie lekceważył materię. Wspomniany śpiwór rzeczywiście wywoływał silne emocje, ponieważ puch, który go wypełnia, doskonale zatrzymuje zapachy. To zapach powrotu z wyprawy. Rozdzierający smutek ustąpił jednak z biegiem lat miejsca spokojniejszym reakcjom, pełnym miłości i dobrych wspomnień. Tomka przede wszystkim mam jednak w sercu, nie w rzeczach, pamiątkach po nim.

Żałoba to temat, który zwykle w dyskursie społecznym jest pomijany.

To prawda, zwykle nie chcemy słuchać o tym, co bolesne i trudne. Każdy przechodzi przez ten czas inaczej. W ciągu pierwszego roku wpadłam w wir działania – spotkania, wywiady, festiwale, praca nad książką. Bezpieczną przystanią były moje dzieci i bliscy, którzy nie bali się wielu różnych emocji, które pojawiały się w tym czasie, tak naprawdę w przeróżnych momentach. Żałoba przypomina fale – są lepsze i gorsze dni. Rozdzierający smutek przeplata się ze śmiechem, kiedy przypominamy sobie to, co dobre. Tak naprawdę nigdy nie wiemy, jaki obraz podsunie nam nasza podświadomość. Miałam te szczęście, że mogłam liczyć na moją rodzinę i przyjaciół. Nie chodzi o to, by osobie, która przeżywa żałobę coś mówić czy radzić. Wystarczy być cierpliwym i pozwolić jej na wolność wyrażania swoich uczuć. Od śmierci Tomka często publicznie poruszałam ten temat, temat żałoby i moich doświadczeń. Pomyślałam sobie, że być może moja historia komuś pomoże.

Chciałabyś stanąć u podnóża Nangi Parbat?

Tak. Właściwie od samego początku było to dla mnie oczywiste, ale ze względu na różne sytuacje życiowe czy pandemię, realizacja tego planu trochę odsuwa się w czasie. Wiem jednak, że w końcu do tego dojdzie. Stanę pod Nangą Parbat i może wtedy poczuję to, co czuł on? Poznam odpowiedź na pytanie, co kazało mu tu wracać tak często? Może usłyszę głos góry, tak jak Tomek? Wszystko ma swój czas, czekam więc cierpliwie na tę podróż.

Czy to, co się stało, było nieuniknione i było swoistym przeznaczeniem Tomka, czy może patrząc z perspektywy czasu, uważasz, że coś można było zrobić inaczej?

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, że taki po prostu był nasz los. Nie mogło być inaczej. Mój tata tuż po akcji ratunkowej zacytował słowa Friedrich’a Nietzsche’go – „Ulubieńcy bogów umierają młodo”. Jakkolwiek strasznie to brzmi, to myślę, że takie było przeznaczenie Tomka. Oczywiście chciałabym móc się z nim zestarzeć, ale to nie było nam pisane.

O Elisabeth Revol, partnerce wspinaczkowej Tomka, nie przeczytamy już w mediach.

To prawda. Cała sytuacja z publiczną właściwie akcją ratunkową i zdobyciem szczytu Nangi, dramatyczną śmiercią Tomka, oskarżeniami, medialnym zamętem wiele ją kosztowała i świadomie usunęła swoje profile w mediach społecznościowych. Mamy jednak kontakt i wiem, że jest szczęśliwa. Podróżuje się, wspina, bo góry są dla niej wszystkim, choć zabrały wiele bliskich jej osób. Mam nadzieję, że uda nam się razem pojechać pod Nangę Parbat. To byłoby coś wyjątkowego.

Nie jest łatwo być partnerką czy partnerem osoby, która ma tak wielką pasję. Akceptacja, zaufanie i wzajemny szacunek są kluczowe, ale czy można je wypracować w relacji, czy raczej zależą od naszego charakteru?

Każda relacja, niezależnie od pasji, wymaga nieustannej pracy. Wielu osobom wydaje się, że mogą mieć jakieś wyobrażenie o związku i swoim partnerze, a druga strona idealnie wpasuje się w tak wymyślone ramy. Tak nie jest. Otwartości można się jednak nauczyć. Nie każdy jest zdolny do całkowitej, niemal bezwarunkowej akceptacji – takiej, jaka łączyła mnie i Tomka, ale ważne jest, by wchodząc w relację z drugim człowiekiem, jasno wyznaczać swoje granice. Oczywiście teoria brzmi banalnie, a w rzeczywistości to naprawdę ciężka praca. Między mną a Tomkiem często iskrzyło, kłóciliśmy się, jak niemal każdy w bardzo bliskiej relacji. Trzeba jednak zrozumieć, że pasja to treść życia, która bywa nieodłączną częścią drugiej osoby, bez której ten ktoś byłby niekompletny. Nie lubię stereotypu „żony czekającej na powrót”. Buntowałam się bardzo wobec takiego stawiania sprawy, że bycie żoną himalaisty to poświęcenie. W czasie, kiedy Tomek realizował się w górach, ja realizowałam się na nizinach. Też mam swoje zajęcia, plany, pracę, pasje.

Jakie przesłanie chciałabyś przekazać tym, którzy krytykują himalaistów za – ich zdaniem – zbędne ryzykowanie życia i zdrowia?

Pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to pytanie, dlaczego kryterium podejmowania jakichś działań w życiu, ma być ich realna, wymierna korzyść? Każdy ma wszak prawo do tego, by przeżyć dany mu czas po swojemu, nawet, jeśli te działania nie będą społecznie korzystne. Ryzyko zaś jest nieodłącznym elementem życia. Wanda Rutkiewicz powiedziała kiedyś „Najbardziej drażni ludzi to, że ryzykujemy życie dla czegoś, co wydaje się kompletnie bezużyteczne, nikomu niepotrzebne. Ale może to jest potrzebne tym, którzy to robią! Może oni po prostu potrzebują tego, żeby żyć”. Jeśli czegoś nie rozumiesz, to nie oznacza, że to się nie dzieje i możesz to negować. Odkrywanie jest pewnym ludzkim, twórczym imperatywem. Każdy z nas ma go w sobie – nie tylko artyści. Na marginesie, czy sztuka jest nam wymiernie potrzebna do życia? Czy jest to coś społecznie korzystnego? No właśnie – jedni bez obcowania ze sztuką nie mogą żyć, choć nie jest ona jedzeniem, piciem czy przyodzieniem. Dla innych to fanaberia, nikomu nie potrzebne na przykład zapełnianie płótna kolorami. Wchodzenie na szczyty też jest przejawem kreowania. Częstym argumentem, który pada w przypadku dyskusji o himalaistach, są rodziny, które zostają „na dole”. Warto jednak pamiętać, że człowiek w momencie, kiedy zostaje rodzicem, nie traci swoich marzeń, pragnień czy pasji. Ludzie uzurpują sobie prawo do tego, by z łatwością oceniać życie innych, ale rzadko przychodzi im do głowy refleksja nad własnym postępowaniem. Po śmierci Tomka musiałam nauczyć się spokoju i dystansu wobec takich zarzutów. Góry były sensem jego życia i choć go zabrały, to tylko fizycznie, bowiem jego dobrą energię i miłość, czuję po dziś dzień.


Rozmawiała Natalia Słomianny.