Legenda tyskiego pogotowia

0
1260
fot. Kamil Peszat

Pan Leszek, legenda tyskiego pogotowia, po 46 latach pracy za kierownicą karetki, odszedł na zasłużoną emeryturę. Swoją przygodę z ratownictwem rozpoczął w 1978 roku, kiedy w Polsce jeździły jeszcze Nysy i Polonezy, a pogotowie działało bez dzisiejszych rozwiniętych technologii. Przez niemal pół wieku był świadkiem przemian w ratownictwie medycznym, ale i w społeczeństwie. Teraz, po latach pełnych wyzwań, odchodzi z podziękowaniami od kolegów, dla których tyska stacja Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego nie będzie już taka sama.

Wszystko zaczęło się od marzenia małego chłopca.

– Urodziłem się we wsi pomiędzy Bieruniem Starym a Nowym. Wówczas każda wizyta karetki u sąsiadów była dla mnie jako dziecka, nie lada sensacją. Od zawsze wiedziałem, że to jest droga, którą chce iść, nie było żadnego „planu B”. Uczęszczałem do Zasadniczej Szkoły Zawodowej Dokształcającej jako kierowca. Potem przez kolejne siedem miesięcy pracowałem w zakładzie przy szkole, ale regularnie, co miesiąc, zjawiałem się w kadrach tyskiej stacji z pytaniem, czy jest dla mnie praca. Udało się w kwietniu 1978 roku, ale droga do karetki była nieco dłuższa. Początkowo jeździłem w tak zwanej karetce wizytowej, a więc razem z lekarzem czy pielęgniarkami i położnymi na wizyty domowe czy po przychodniach – wspomina pan Leszek. – Był to ważny etap, mogłem nauczyć się topografii miasta. W końcu nie było GPSów. Miałem nawet swój zeszyt, gdzie dokładnie rozpisywałem, jak dojechać na konkretne ulice. Dopiero w 1984 roku zasiadłem za kierownicą wymarzonej karetki. Przez osiem miesięcy jeździłem w Mikołowie, który należał do rejonu tyskiego, potem znalazło się miejsce w Tychach – dodaje.

Pierwszy dyżur – niezapomniany. Zmiennik przekazał mu wszystko, z wyjątkiem… kluczyków do karetki. A, że nie było komórek, trzeba było czekać, aż dotrze do domu i dopiero wówczas dyspozytor mógł zadzwonić na numer stacjonarny, z informacją, że musi wrócić na stację.

Chłodna głowa

Praca w załodze karetki wymaga nie tylko odpowiedniej fachowej wiedzy i umiejętności praktycznych, ale przede wszystkim stalowych nerwów, pokładów cierpliwości i swoistego instynktu, który w sytuacjach kryzysowych może uchronić przed jeszcze większym niebezpieczeństwem.

– W pamięci mam kilka dyżurów, które mogły skończyć się dla załogi karetki bardzo nieciekawie. Jeden z nich to sytuacja, która miała miejsce około pięć lat temu. Siedziałem wtedy za kierownicą „eski”, a więc karetki, którą oprócz mnie i dwóch ratowników medycznych, jechał też lekarz. Wezwanie samo w sobie nie było nadzwyczajne – pacjentka z silnym bólem brzucha. Na miejscu nie udało się wkłuć do jej żyły w celu założenia wenflonu za pierwszym razem, bo odruchowo wyrwała rękę. To częsta sytuacja, więc po szybkim zaopatrzeniu niewielkiej rany, podjęliśmy drugą próbę – znowu to samo. W tym momencie mąż pacjentki, który już przy wejściu oznajmił, że jest policjantem, wpadł w szał. Zaczął przeklinać, wyzywać lekarza i sięgnął do szafki, z której wyciągnął pistolet, wyglądający jak policyjny glock, przeładował i zaczął do nas mierzyć – opowiada pan Leszek. – Szybko oceniłem sytuację – byłem najbliżej wyjścia. Zaryzykowałem i po prostu wyszedłem. Na klatce schodowej wezwałem policję. Na miejscu szybko pojawiły się dwa patrole, udało się uspokoić małżonka pacjentki, który – jak się okazało – wcale nie był policjantem. Pistolet okazał się atrapą, ale sprawa i tak miała swój finał w sądzie. Co prawda zakończyła się wyjątkowo niską karą, ale najważniejsze, że nam nic się nie stało – dodaje.

Gdyby miał udzielić jednej rady studentom medycyny czy ratownictwa, byłaby to właśnie „chłodna głowa”.

– Spokój jest najważniejszy. Powtarzałem to zawsze młodszym kolegom. Nie można podejmować decyzji pod wpływem emocji. Oczywiście, stres jest nieodłącznym elementem tej pracy i trzeba nauczyć się z nim funkcjonować. Teraz mamy psychologów i inne narzędzia, które mogą pomóc uporać się z różnymi emocjami, ale kiedy ja zaczynałem pracę, musiałem radzić sobie sam. Pierwsze dyżury są trudne. Żadna szkoła nie przygotuje do widoku prawdziwej krwi, wystających kości czy innych drastycznych scen, jakie nie raz napotykamy w swojej pracy. Z czasem jednak każdy z nas, w pewien sposób obojętnieje na takie widoki, dzięki czemu możemy w pełni profesjonalnie podejść do naszych zadań – tłumaczy pan Leszek.

Pracując przez niemal pół wieku, pan Leszek mógł zaobserwować wiele zmian – zaczynając od tych dotyczących samego wyposażenia, po podejście społeczeństwa.

– Kiedyś jechaliśmy na wezwanie ze śmiesznie lichym wyposażeniem, bo przecież w czasach komuny nie było nawet 1/10 tego sprzętu, który jest teraz. Mimo tego, ludzie przyjmowali nas niemal jak księdza z kolędą. Teraz te poszanowanie dla naszej pracy nie jest tak widoczne i choć wiele ludzi jest wdzięcznych za pomoc, to generalnie nastawienie ludzi jest inne. Wyjątkiem była pandemia, kiedy rzeczywiście w społeczeństwie znowu coś się obudziło – mówi pan Leszek.

Drugi dom

Tyska stacja WPR przez lata pracy stała się dla pana Leszka jak drugi dom. To właśnie tutaj, kiedy z Mikołowa mógł wrócić do Tychów, poznał swoją żonę.

– Tak się jakoś złożyło – ja kierowca, ona pielęgniarka i położna. Po roku wzięliśmy ślub. Dziś zajmujemy się wnukami, bo córka poszła w nasze „medyczne” ślady – mówi pan Leszek. – Coś, czego najbardziej będzie mi brakować, to właśnie ludzie. Atmosfera, jaka panuje na stacji jest naprawdę wyjątkowa. Jesteśmy jak rodzina. Możemy na siebie liczyć – kontynuuje. – Cały tydzień przed ostatnim dyżurem jeździłem ze ściśniętym sercem. Kiedy ostatniego dnia wyszedłem z karetki… Próbowałem być twardy, ale to był bardzo wzruszający moment. Koledzy zorganizowali mi piękne pożegnanie. Trudno było nie kryć łez – opowiada.

Zapytany, czy jest coś, za czym nie będzie tęsknił, pan Leszek odpowiada, że nocne dyżury i… chodzenie na wysokie piętra z ciężkim sprzętem w budynkach bez windy.

Choć oficjalnie nie jest już zawodowo związany z tyskim pogotowiem, to przyjaźń z innymi pracownikami będzie trwać nadal.

– Często doradzałem czy rozwiązywałem konflikty, ale też wprowadzałem dużo śmiechu i luzu. Różnica wieku nie ma znaczenia. Minęło dopiero kilka dni i trudno wybiegać w daleką przyszłość, ale wiem, że na pewno nie zasiedzę się w domu. Nie pozwolą mi na to wnuki, żona i oczywiście koledzy. Zawsze jestem mile widziany na kawie, mogę też korzystać z siłowni czy pograć w ping ponga. Nie chciałbym przeżyć tych kilkudziesięciu lat w inny sposób, jestem wdzięczny, że życie pozwoliło mi na spełnienie marzenia. Dziękuję całej ekipie ratowników z tyskiej stacji WPR, policjantom z Tychów i Bierunia za współpracę oraz prawdziwym bohaterom, czyli strażakom – mówi pan Leszek.