Typ spod ciemnej gwiazdy

0
236

Biegle mówi po francusku, prowadzi teatr dla niewidomych, śpiewa wyłącznie kolędy, a sztukę sceniczną uważa za prawdziwie baśniową rzeczywistość. Artur Dziurman, obsadzany głównie jako bandzior, kryminalista czy pijak, dał się tyszanom poznać od drugiej strony. Charyzmatyczny, ale też niezwykle empatyczny artysta, opowiedział o swoim aktorskim dorobku w ramach cyklu Tury Kultury, organizowanego przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Tychach.

Jego wizyta w Tychach była jak rozpoczęcie nowego roku z przytupem – zresztą sam aktor często tupał, bo zwyczajnie nie mógł wysiedzieć i przechadzając się po scenie, ekspresyjnie przywoływał z pamięci kolejne historie. Mógłby tak pewnie znacznie dłużej, ale kolejnego dnia o 6 rano rozpoczynał dzień zdjęciowy do nowego serialu, który widzowie już wkrótce będą mogli oglądać. Jak przyznał – po raz pierwszy nie będzie „tym złym”, bowiem tym razem dostał rolę… komendanta policji.

Początek początku

– Doszukując się źródeł nie tyle aktorstwa, co publicznych wystąpień, musiałbym cofnąć się do kościoła. Jako dziecko byłem lektorem i czytałem Pismo Święte. Uwielbiałem też śpiewać kolędy. Potem przyszedł czas na szkołę podstawową i recytację wierszyków w czasie akademii i różnych uroczystości. Przełom nastąpił w 8 klasie, kiedy wziąłem udział w przedstawieniu „Zemsty” Aleksandra Fredry. Nie było mi po drodze z moją polonistką, która w dodatku obstawiła mnie w roli Papkina – wspomina Dziurman. – Chciałem się poddać – tyle tekstu do nauczenia się! Jednak polonistka wiedziała, jak mnie podejść – zamiast 3 na świadectwie, miałem zobaczyć 5, jeśli tylko zostanę tym cholernym Papkinem – dodaje, śmiejąc się.

Artur Dziurman poszedł za ciosem i w liceum wstąpił do szkolnego teatrzyku. Tam po raz pierwszy zetknął się m.in. z dziełami Shakespeare’a i jak przyznał – zakochał się po uszy w tych historiach, miłosnych powiązaniach, iście baśniowym klimacie. Choć aspiracje jego rodziców miały zaprowadzić go na romanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, to decydujący okazał się głos profesora ze szkolnego teatrzyku, który namówił go do zdawania do szkoły aktorskiej.

– Obowiązkowym elementem egzaminu jest też niestety śpiew. Stanąłem więc przed komisją na baczność i zaintonowałem „Wśród nocnej ciszy, głos się rozchodzi…”. Szybko mi przerwano, ale na szczęście dostałem się. Okres studiów był najlepszym w moim życiu – mówi Dziurman.

Grać całym sobą

Jak opowiadał aktor, pierwszym poważnym sprawdzianem było granie przed dziecięcą publiką.

– Pozornie może się wydawać, że to nic takiego, bo dzieci nie wszystko jeszcze rozumieją. Wręcz przeciwnie, najmłodsi zawsze wyczują, czy ktoś jest prawdziwy w tym, co robi i czy daje z siebie wszystko – zauważa. –Dorabiałem, grając bajki dla dzieci. Najczęściej wcielałem się w rolę Pinokia. To doświadczenie, które nauczyło mnie fundamentu aktorstwa, jakim jest szczerość, maksymalne skupienie i danie z siebie 100%. Nieważne, czy gramy na historycznej scenie w stolicy, czy na małej salce w miejscowości na końcu Polski, której nie znajdzie się na mapach. Ludzie niezależnie od miejsca przychodzą, by czegoś doświadczyć i coś poczuć. Jako aktorzy zobowiązujemy się do tego, że wychodząc na scenę, zrobimy wszystko, by odpowiedzieć na ich potrzeby. Nie mogę oszukiwać publiczności, bo wtedy czuję, że zdradzam i robię coś bardzo złego – dodaje.

W czasie spotkania z tyszanami, aktor chętnie przywoływał historię z planów zdjęciowych, a także współpracę z innymi artystami, w tym z Kazimierzem Kutzem czy Anną Dymną. Z uwagi na jego charakterystyczny głos, prowadzący – Andrzej Kurdziel – poprosił aktora o przeczytanie dwóch tekstów. Padło na Marię Pawlikowską-Jasnorzewską i Władysława Reymonta, bowiem rok 2025 ustanowiono właśnie ich imionami.

Czarny charakter

Właściwie sam nie wie dlaczego, ale najchętniej obsadzany jest w rolach o zabarwieniu kryminalnym. Schneider z „Czasu honoru”, wynajęty zawodowy zabójca w „Reichu”, czy Paweł Nowacki w „Kryminalnych” to tylko niektóre przykłady.

– Dla równowagi muszę przyznać, że gram też w niezbyt górnolotnych komedyjkach, jak na przykład „Kobieta idealna”, gdzie gram kobietę właśnie i po scenie przechadzam się w 10-centymetrowych szpilkach. Choć to rodzaj „odmóżdżacza” i zupełnie luźnej komedii, to zawsze powtarzam, że w kwestii samego warsztatu nie ma to znaczenia – trzeba grać tak, jakby było się na scenie np. Teatru Starego w Krakowie – mówi Artur Dziurman.

Opowiedział także, jak właściwie wygląda praca na planie filmu fabularnego.

– Zdjęcia trwają kilkadziesiąt dni, ale zanim do nich dojdzie i powstanie fabuła, często mijają lata. To złożony proces, wyczerpujący, czasochłonny, wymagający cierpliwości, precyzji i pracy zawodowców. Ekipa spędza ze sobą kilkanaście godzin dziennie, na barkach reżysera spoczywa więc odpowiedzialność za skompletowanie idealnie dobranej grupy, która dobrze będzie współpracować.

Znany głos

Artur Dziurman znany jest nie tylko z roli filmowych, ale i tych głosowych, bowiem zajmuje się także dubbingiem. Jedną z pierwszych i zarazem najbardziej znaczących ról, było użyczenie głosu Lucjuszowi Malfoyowi z serii Harry Potter. Usłyszeć go można było także w Gwiezdnych Wojnach (Mace Windu), Odlocie (Alpha), Rio (Marcel) czy Hobbicie (Troll William). Na jego koncie znalazła się także rola głosowa jako… pies chihuahua. Znają go także miłośnicy gier, szczególnie z wysoko ocenianej roli Kratosa w God of War.

– Dubbing to zupełnie inna forma wyrażania siebie, całkowicie nowy wymiar aktorstwa. Pokochałem tę robotę. Praca przy filmach, animacjach czy bajkach nie jest łatwa, trzeba bowiem szukać w sobie konkretnych emocji i umieć wyrazić je wyłącznie za pomocą głosu. Normalnie w pracy aktora mamy do dyspozycji całe ciało, scenografię i czasem innych aktorów, a w przypadku dubbingu musimy „zmieścić się” w czymś, co zostało już stworzone. Daje to ogromną radość i satysfakcję, choć jest wymagające – opowiada Dziurman.

Aktorzy wykluczeni

Wbrew „kryminalnym” rolom i czarnym charakterom znanym ze szklanego ekranu, ta druga, mniej znana strona Dziurmana, to działalność na rzecz osób z niepełnosprawnościami. Od lat prowadzi bowiem Integracyjny Teatr Aktora Niewidomego.

– Inicjatorem fundacji był mój dobry znajomy, Wojtek, który poruszał się na wózku inwalidzkim. Sam pomysł powstał blisko 20 lat temu. Chcieliśmy pozyskać jakieś fundusze z Unii Europejskiej i jednym z wymogów wybranego przez nas projektu było zaangażowanie osób niewidomych lub z inną dysfunkcją wzroku. Tak to się zaczęło. Choć Wojtek zmarł, fundacja działa po dziś dzień. Ma na swoim koncie naprawdę wielkie rzeczy. Niewidomi aktorzy wspomagani są na scenie przez dwóch profesjonalnych, pełnosprawnych aktorów. Często angażujemy także seniorów. Powinniśmy móc występować na dużej scenie. Właściwie to wstyd, że jeszcze żadnej władzy nie przyszło na myśl, by pomóc nam to zorganizować i do tej pory nie było dane nam wystąpić na deskach krakowskiego teatru. Jesteśmy wykluczeni – jak w tytule filmu, który zrealizowaliśmy – przyznaje Dziurman.

Kolejne spotkanie w ramach cyklu Tury Kultury – tym razem z tenorem Bogusławem Morką – odbędzie się w środę 29 stycznia o 18, wstęp wolny.