Tyski sportowiec ekstremalny, który specjalizuje się w biegach górskich – Andrzej Kowalczyk – zakończył sezon w historycznym stylu. Na trasie The Loop, czyli liczącym 235 kilometrów szlaku w Beskidach, pobił czasowy rekord w formule self-supported o blisko pięć godzin względem poprzedniego. Był to pierwszy bieg Kowalczyka na tak długim dystansie bez wsparcia. Całość zajęła biegaczowi 42 godziny i 53 minuty.
Dotychczasowym rekordzistą The Loop był inny tyski biegacz – Kuba Orłów, który pokonał tę trasę w czasie 47 godzin i 37 minut. Szlak biegnie przez Beskid Śląski, Żywiecki i Mały, jest zintegrowany z siecią schronisk górskich. W czasie pokonywania trasy, trzeba liczyć się z przewyższeniem liczącym ponad 11 kilometrów.
– To projekt, który na zawsze zmieni moją optykę na życie. Po ośmiu latach sportu, dostałem coś zupełnie nowego. Nie znałem takiego bólu i wymagania. Powiem tak: we wszystkich swoich dotychczasowych ultraekstremalnych startach czy projektach, nie zebrałem tyle doświadczenia i emocji, co na Loopie – mówi Kowalczyk. – Wyobraź sobie, że biegniesz wymagającymi górami: dwie godziny w ciemności w sobotę rano, później cały sobotni dzień, następnie całą 12 godzinną sobotnią noc, dalej cały niedzielny dzień, a na końcu jeszcze 5 godzin niedzielnej nocy. Bieżące jedzenie i wodę kupujesz w sklepach. Często godzinami nie zamieniasz nawet jednego słowa z drugim człowiekiem. Po prostu pełen focus na bieg – tłumaczy. – The Loop to „last dance” tego sezonu. W gruncie rzeczy w niedzielę miałem jednak dwa święta biegowe. Wbiegłem na metę Loop’a oraz otrzymałem rekordową wycenę za ostatni bieg górski. Mój nowy ranking ITRA to 764 punkty – dodaje Andrzej.
Na ile mnie stać?
Ostatnie miesiące były wyjątkowo intensywne dla Kowalczyka. W ciągu minionych nieco ponad 100 dni ukończył najtrudniejszy triathlon w Europie, plasując się w najlepszej piątce i został rekordzistą Małego Szlaku Beskidzkiego w formule self-supported. Wisienką na torcie tegorocznego sezonu jest szlak The Loop – prawdziwe wyzwanie, wszak tyski biegacz nigdy dotąd nie pokonał takiego dystansu bez wsparcia. Jak pisał w swoich mediach społecznościowych jeszcze przed startem – „czeka mnie taki wymiar (ultra)przygody, jakiego jeszcze nie znam, ale do próby przystępuję w psychofizycznym poczuciu gotowości. Cel duchowy? Ukończyć. Cel sportowy? Ukończyć szybko. Ruszam w nieznane!”.
Pętle rozpoczął 12 października o 5 rano. Formuła self-supported oznacza, że wszystko, co niezbędne, biegacz musi zapewnić sobie sam i nie może liczyć na pomoc ekipy z zewnątrz. Właśnie dlatego plecak Andrzeja na starcie ważył 7 kilogramów. W skład obowiązkowego ekwipunku weszły nie tylko żele energetyczne, czołówki czy elektrolity i leki, ale też… dzwonek odstraszający niedźwiedzie i specjalny gaz, którego można użyć w starciu z tym najpotężniejszym ssakiem drapieżnym występującym w Polsce.
Finalnie bieg można podsumować w liczbach: 269 tysięcy kroków, średnie tempo biegu 9:19 min/km, suma przewyższeń 11299 m, czyli 3766 pięter, prawie 19 tysięcy spalonych kalorii i całkowity brak snu. Do sumy należy dodać niezliczoną ilość wrażeń, emocji i wspomnień – jak powiedział Andrzej w jednej z relacji, które nagrywał w trakcie biegu, tego typu wyzwania nie opierają się wyłącznie na sportowym aspekcie. Drugim, nie mniej ważnym jest wymiar duchowy, którego nie można zmierzyć, ale wypełnia całe ciało i umysł. Nie bez powodu większość sportowców powtarza bowiem, że najtrudniejsza bitwa, którą należy stoczyć w walce o swoje cele i marzenia, jest bitwa, którą stacza się w głowie ze samym sobą.
Nowy wymiar
„Wiem, że to przygoda, z której wyjdę znów nieco inny. Po takich wyzwaniach zmieniasz się jako człowiek” – pisał Andrzej przed startem.
Choć jesienna aura nie sprzyjała i zaprezentowała wachlarz swoich „specjałów”, w tym silny wiatr, deszcz, mgłę czy przymrozki, Kowalczyk do mety dobiegł bez żadnej kontuzji.
– Teraz nie marzę o niczym innym, aby po takim sezonie odpocząć. Z Loop’a wracam bez najmniejszej kontuzji czy przeciążenia. Fenomen, zważywszy na to, jakim było to obciążeniem dla organizmu, żaden z 269 tysięcy kroków nie wygenerował dolegliwości. Ba, nawet się ani razu nie wywróciłem – podsumował sportowiec. – Szlak sam w sobie jest wymagający. Wybrałem aurę nie do końca sprzyjającą, bo oprócz warunków atmosferycznych, bardzo długo jest ciemno. Gdybym biegł latem, mógłbym liczyć na noc trwającą zaledwie 6-7 godzin. Poprzeczkę dźwigał także fakt, że wybrałem formułę bez wsparcia. Musiałem być samowystarczalny nie tylko w kwestii odzieży czy jedzenia i picia, ale też nawigacji. Niestety ślad GPS, który miałem w zegarku był bardzo niedokładny, przez co straciłem dużo czasu. Musiałem nadrobić około dwunastu kilometrów – dodaje Kowalczyk.
Tyski biegacz przyznaje, że pierwszy raz zasmakował biegów ultra w takim rozmiarze. Było to zupełnie nowe, ekstremalne doświadczenie. Skalę wysiłku nie tylko fizycznego, ale i psychicznego może obrazować fakt, że w czasie biegu, Andrzej doświadczył halucynacji.
– Wynikały ze zmęczenia i znużenia organizmu, który przez kilkadziesiąt godzin musiał być maksymalnie skupiony i wytężony, ale też ze względu na fakt, że spożyłem nieświadomie za duże dawki kofeiny, która jest składnikiem żeli energetycznych. Zanim się zorientowałem, że powinienem zwrócić na ich ilość uwagę, było już za późno, a kofeina w wysokich dawkach nie tylko wzmaga stany lękowe, ale też powoduje odwodnienie organizmu – wyjaśnia Andrzej.
Z rekordowego biegu powstanie kolejny, po Małym Szlaku Beskidzkim, film, wzbogacony nie tylko o narrację i kadry ze szlaku, ale też ujęcia z drona. Wyjątkowym momentem było przebiegnięcie mety, na której – mimo późnej pory – na tyszanina czekała żona i dzieci oraz „dwie” mamy.
Ultra przyszłość
– Ten rok jest dla mnie przełomowy, jeśli chodzi o sport. Nigdy tyle nie ćwiczyłem, a jestem pod opieką jednego z najlepszych na świecie trenerów biegów górskich. To nie udałoby się, gdyby nie moi sponsorzy, którzy dostrzegli we mnie potencjał i zaufali w moje możliwości, dzięki czemu moja pasja stała się moim zawodem. Nie mniej ważnym składnikiem mojego sukcesu, są moi kibice. To, ile pozytywnych komentarzy i słów wsparcia otrzymuje, jest niezwykle inspirujące. Zainteresowanie w mediach społecznościowych biciem rekordu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Dzięki temu, choć fizycznie na szlaku byłem sam, to wiedziałem, że wiele osób trzyma za mnie kciuki. To bezcenne uczucie dla sportowca – mówi Andrzej Kowalczyk.
Po ukończeniu biegu w Beskidach, tyszanin zdradził także główny cel sportowy na 2025 rok. Będzie to podwójna wersja najtrudniejszego triathlonu w Europie – HardaSuka Ultimate Triathlon Challenge. Warto podkreślić, że w tym roku Kowalczyk ukończył standardową wersję tych zawodów z czasem 22 godzin 20 minut. Już wtedy sygnalizował, że ma plan na „podwojenie stawki”, co w praktyce oznacza przepłynięcie 10 kilometrów open water bez nawigacji, 500 kilometrów na szosie wokół Tatr z 6000 metrów przewyższeń i przebiegnięcia po Tatrach 110 kilometrów z przewyższeniem rzędu 10 kilometrów. Będzie to co najmniej 50 godzin bez snu.
– Najważniejsze jednak jest to, że challange ma mieć wymiar charytatywny. Jestem w kontakcie z fundacją, z którą chcemy połączyć siły organizacyjne i sprawić, by te wyzwanie przyniosło im środki finansowe i większą rozpoznawalność istnienia – wyjaśnia Andrzej.




Brawooooo ! Jednak jako doświadczony biegacz po 60ce i z przebiegiem kilkudziesięciu tysięcy km zalecam rozsądne gospodarowanie siłami i kolejnymi celami , jesteśmy tylko ludźmi a gdzieś jest ta cienka nieprzekraczalna granica , jej przekroczyć nie wolno.
Dużo zdrowia.
Nie pozostaje nic innego jak pogratulować !
Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.