Gigant z Tychów

    7
    12422
    fot. arc. pryw.

    Spełnił swoje marzenie. 14 września po 127 godzinach biegu przez Alpy, Kuba Orłów przekroczył metę Tor des Geants – Biegu Gigantów. Co roku, z trasą, która biegnie doliną Aosty przez Szwajcarię, Francję i Włochy, mierzą się najlepsi z najlepszych w świecie górskich biegów ultra.

    Tyszanin, którego sylwetkę bliżej opisywaliśmy w lipcowym numerze Twoich Tychów (nr 30/870) specjalizuje się w biegach górskich z czystej pasji. Treningi stara się ustawiać w taki sposób, żeby nie kolidowały z życiem zawodowym i przede wszystkim – rodzinnym. Doświadczony w bieganiu po polskich szlakach, w tym liczącym ponad 500 kilometrów Głównym Szlakiem Beskidzkim, postanowił sprawdzić się w jednej z czołowych imprez tego typu w Europie. Tor des Geants oznacza 350-kilometrową trasę, w czasie której pokonuje się około 26 kilometrów przewyższenia.

    – To więcej niż półmaraton w pionie. Jechałem do Włoch z założeniem, że jest to do zrobienia, ale bieg momentami był naprawdę ekstremalny – mówi Kuba.

    „Alpy to góry wyższe niż te w których trenuje na co dzień, a przełęcze (a było ich kilka) powyżej 3000 m n.p.m. były odczuwalne chociażby w spłyconym oddechu i konieczności złapania rytmu, szczególnie na podejściach. Było trudno, miejscami bardzo i może trudności techniczne nie były największym wyzwaniem, ale narastające zmęczenie i kilkadziesiąt godzin na szlaku robiło swoje. Było kilka miejsc, gdzie naprawdę nie trzeba byłoby się starać, aby zrobić sobie krzywdę. Porównałbym to miejscami do naszej tatrzańskiej Orlej Perci, tylko jesteś w tym punkcie, mając 200-300km w nogach… Obycie z wysokością, ekspozycją, analiza własnego samopoczucia i wiara we własne możliwości to klucz do sukcesu. Decydując się na start w Tor des Geants nastaw się na ból, mróz, upał, deszcz, przenikliwy wiatr i dyskomfort, który towarzyszyć ci będzie do ostatniego km. Kwintesencja ultra. Na mecie będziesz innym człowiekiem. Biegu Gigantów nie można przebiec, jego trzeba przeżyć, a wszystko, co przeżyłeś na tej trasie, pozostanie w tobie na długo…” – napisał w swoich mediach społecznościowych.

    W zawodach wystartowało ponad 1000 uczestników z 65 krajów, w tym między innymi reprezentanci Włoch, Japonii, USA, Francji, Rumunii, Portugalii czy Malty, Bułgarii, Chile i Nowej Zelandii. Ukończył je mniej więcej co drugi zawodnik.  Limit czasu biegu wynosił 150 godzin.

    Słońce, deszcz i śnieg

    – Wiedziałem, czego mogę się spodziewać, jeśli chodzi o wysiłek fizyczny i reakcje organizmu, co też świadczy o odpowiednim doświadczeniu i dojrzałości sportowej do podjęcia takiego wyzwania. To majestat gór zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Człowiek wydaje się przy nich śmiesznie mały. Pokonywaliśmy doliny i przełęcze, średnia wysokość, na której biegliśmy, to mniej więcej 2200 metrów, jednak przekraczaliśmy też wysokość 3200-3300 m n.p.m., co było dodatkowym obciążeniem dla organizmu. Trzeba było nauczyć się odpowiedzi na reakcje fizjologiczne i dopasować tempo do warunków nie tylko atmosferycznych, ale też właśnie tych wynikających z wysokości – wyjaśnia Kuba. – Pierwsza doba upłynęła pod znakiem ciągłego deszczu. Kolejne dwa dni oznaczały z kolei ostre słońce i wysokie temperatury. Na samym końcu przyszła… zima. Biegaliśmy wyposażeni w raki, była mgła, do pokonania naprawdę trudne technicznie odcinki. To, że bieg nie został wówczas przerwany, było dla mnie zaskoczeniem, ponieważ myślę, że w Polsce organizator na pewno zdecydowałby się na taki krok. Ponadto w historii poprzednich edycji zdarzały się przypadki śmiertelnych wypadków na trasie, spowodowane załamaniem pogody, narastającym zmęczeniem i chwilą nieuwagi. Osoby odpowiedzialne za Bieg Gigantów kierują się jednak przekonaniem, że zawodnicy startujący w takiej imprezie znają swoje możliwości i wiedzą, kiedy ewentualnie powinni odpuścić – dodaje.

    Kuba nie odpuścił i wśród startujących jedenastu Polaków (10 mężczyzn i 1 kobieta) może pochwalić się trzecim najlepszym wynikiem.

    Krótka drzemka i włoskie smakołyki

    Na trasie liczy się każda minuta, dlatego trzeba odpowiednio rozplanować czas na przerwy i sen. Jak przyznaje tyszanin, organizacyjnie zawody można punktować w samych superlatywach.
    – Byłem pozytywnie zaskoczony odbiorem społecznym nas, zawodników. Nie sposób było nie zauważyć, że dla lokalnych społeczności, Bieg Gigantów to prawdziwe święto. Punkty żywieniowe obsługiwali w większości mieszkańcy okolicznych wiosek i miejscowości. Miałem okazję skosztować lokalnych potraw, smacznych kaw czy pysznych serów. To ciekawa odmiana od warunków, które znam z innych imprez, na których podstawą są żele energetyczne i tym podobne jedzenie – mówi Kuba. – Sporym zainteresowaniem cieszyły się… dystrybutory z piwem. Mimo barier językowych, każdy starał się być pomocny i kibicował uczestnikom zawodów – dodaje.

    Co około 50-60 kilometrów na trasie znajdowały się tzw. „bazy życia”. Były to miejsca, w których można było zorganizować sobie nieco dłuższy postój, wziąć prysznic, zjeść czy przespać się, choć jak przyznaje tyski biegacz – sen był… limitowany i obowiązywała lista zapisów na wolne łóżka.
    – To bardziej krótkie drzemki niż sen. Czasem pół godziny, innym razem godzina. W czasie takiego wysiłku, tak krótka regeneracja była jak mrugnięcie okiem. Gdybym miał zliczyć czas mojego snu, to wyszłoby około ośmiu godzin przez całe zawody – mówi Kuba.

    W bazach życia na zawodników czekały specjalne torby z rzeczami osobistymi, które były transportowane pomiędzy tymi punktami tak, by każdy uczestnik mógł w czasie przerwy skorzystać z rzeczy na zmianę, leków czy innych osobistych przyborów. Kuba Orłów ukończył bieg nie tylko z satysfakcjonującym wynikiem, ale też bez żadnych kontuzji czy nawet otarć.

    Dalej i wyżej

    Gdyby miał drugi raz stanąć na starcie Biegu Gigantów – zrobiłby to bez wahania. Ukończenie Tor des Geants otwiera jednak jeszcze więcej dróg i możliwości.

    – Osoby, które stanęły na mecie z czasem poniżej 130 godzin, są zaproszone do udziału w przyszłorocznej imprezie Tor des Glaciers. Dystans zawodów wynosi 450 kilometrów z przewyższeniem bliskim 35 kilometrów. Trasa nie wiedzie jednak przez doliny i przełęcze, a znacznie wyżej, trawersując niektóre szczyty. To nie tylko zderzenie z dystansem, przewyższeniem i wysokością, ale też swoisty test na orientację – szlak nie jest znakowany, trzeba wykazać się umiejętnością nawigacji – tłumaczy Kuba. – Kiedy po raz pierwszy usłyszałem o tej formule, zobaczyłem relacje i filmy byłem… nieco sceptyczny. Jednak po ukończeniu Tor des Geants zmieniłem swoją perspektywę, przesunąłem swój horyzont. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, z dużym prawdopodobieństwem w przyszłym roku stanę na linii startowej Tor des Glaciers – zapowiada tyszanin. – Skala tego wyzwania jest ogromna, ale to kierunek, który obrałem, decydując się na bieganie w górach. Dlaczego by nie spróbować? Co najważniejsze, mam ogromne wsparcie rodziny i bliskich. Mogę na nich liczyć bez względu na odległość, o czym przekonałem się, dobiegając do mety Biegu Gigantów w Courmayeur. Już z oddali rozpoznałem mojego brata, który na co dzień mieszka i żyje w Irlandii. Czekał na mnie z flagą Polski. Chwila, której nigdy nie zapomnę – podsumowuje.

    7 KOMENTARZE

    1. Wątpie aby ten pan aspirował do pomnika.
      W tym zakresie mamy emerytowaną gwiazdę od „pomnika dzikich świń” na Paprocanach.

    2. Czytając nie znalazłam nazwiska Pana Jakuba. Czy przeoczyłam? Był tylko Kuba jak najczęściej mówi się do dzieci.

    3. Nieważne jak się nazywa. Ważne to, co robi i za to wielki szacun dla Kuby. Kuba nie robi tego dla nazwiska i lansu tylko dla siebie. O takich osobach nie usłyszymy w mediach ogólnopolskich, a szkoda, bo tacy ludzie są o wiele bardziej wartościowi niż co niektórzy wylansowani tzw sportowcy o których głośno w mediach.

    4. A wygrał Francuz, który w tym biegu brał udział pierwszy raz (aczkolwiek utytułowany bo wcześniej 4 razy wygrał UTMB) i dobiegł na metę po nieco ponad 69 godzinach.

    Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.