Na Półwysep Iberyjski i z powrotem

2
966
Na trasie Zyga poznał wielu sympatycznych ludzi, którzy pomogli mu pokonać trudną trasę. Na zdjęciu tyszanin z mieszkającym we Francji Belgiem. Fot. arc. pryw.

Od wielu lat Zygmunt Jantosz, podróżuje rowerem po świecie, specjalizując się w samotnych, ekstremalnych wyprawach. Ma już za sobą m.in. wyjazdy do StambuŁu, Gibraltaru, Maroka, przemierzyŁ trzy wyspy – Sardynię, Sycylię, Korsykę, kraje baŁkańskie, Grecję, Skandynawię z metą na Nord Cup – najdalej na póŁnoc wysunięty przylądek Europy, jechaŁ dokoŁa Islandii i przez Anglię, Irlandię i Szkocję. Potem cztery razy byŁ w USA: wyprawa przez „dziki zachód”, „PóŁnoc – PoŁudnie”, czyli od Kanady do Meksyku, „Od Oceanu do Oceanu” – od Nowego Jorku do San Diego oraz podróż po Alasce.

Zakończona przed kilkoma dniami podróż do Hiszpanii i Portugali była wyjątkowa z uwagi na fakt, iż „Zyga” postanowił wesprzeć akcję charytatywną, organizowaną przez Stowarzyszenie Ogień Wsparcia. Była wyjątkowa i… –… najtrudniejsza zarazem – opowiada Zygmunt Jantosz. – Dwa miesiące, 8 tysięcy kilometrów i jazda w wyjątkowej spiekocie, bo rowerowy termometr pokazywał ponad 46 st. C. No i po bardzo stromych i długich podjazdach, zwłaszcza w Portugalii.

Mandat za brak kasku

– Wyruszyłem przez Cieszyn, Czechy, Niemcy, Austrię, Szwajcarię – wspomina „Zyga”. – Ten ostatni kraj trochę mnie zawiódł, bo zawsze uchodził za uporządkowany, perfekcyjnie zarządzany, czasami do przesady. Jednak napływ bardzo dużej liczby uchodźców spowodował, że Szwajcarzy chyba nie ze wszystkim potrafią sobie poradzić… Potem przejechałem obok Jeziora Bodeńskiego – ponownie do Niemiec, a kolejnym etapem była Francja i wreszcie – Hiszpania. Tutaj jechałem wzdłuż północnego wybrzeża. Po drodze spotkała mnie dość przykra niespodzianka, bo… zapłaciłem mandat. Z uwagi na upał jechałem w czapeczce i w pewnej chwili zauważyłem patrol policji. Policjanci do mnie machnęli, więc ich pozdrowiłem i pojechałem dalej. Dojechałem do miasteczka i poszedłem coś zjeść. Po chwili pod bar zajechał radiowóz, wysiadło dwóch policjantów, weszli do środka poprosili mnie za zewnątrz. Choć wyciągnąłem kask z sakwy, na dowód, że go mam, nie było dyskusji – kask ma być na głowie, nie w sakwie. Na nic zdało się tłumaczenie, że kask mi się mocno nagrzewał i ciężko było jechać. W Hiszpanii jazda w kasku jest obowiązkowa i wręczyli mi mandat na 100 euro. Na pamiątkę mam też wypisaną rubrykę „pojazd” – z marką roweru i innymi danymi.
Jednym z pierwszych celów na trasie rowerzysty było Santiago de Compostela – przepiękne miasto i znany ośrodek kultu i cel pielgrzymek, a kolejnym – Fatima.

– Przed Santiago de Compostela zaczął padać deszcz. Jak się okazało jest to region, w którym nie pada tylko… 30 dni w roku. Lało jak z cebra, zrobiło się chłodno, co było dość przyjemne po poprzedniej jeździe w skwarze. Przejechałem 500 kilometrów wzdłuż wybrzeża Atlantyku. I znów trzeba było pokonać te niesamowite podjazdy i dość karkołomne zjazdy. W końcu dotarłem do Fatimy. Po dniu zwiedzania ruszyłem w drogę powrotną – w kierunku Francji.
Jak mówi Zygmunt Jantosz w niemal wszystkich krajach nie ma dobrych rozwiązań komunikacyjnych dla rowerzystów, którzy wybierają się w dalszą podróż.

Ludzie dobrej woli

– Można jechać drogą kategorii „national”, ale w pewnym momencie przechodzi ona w drogę szybkiego ruchu, po której nie można się już poruszać. I nie ma gdzie zjechać – albo skały, albo las czy jakieś chaszcze. Czasami ryzykowałem i jechałem poboczem, już widząc przed oczami kolejny mandat. Raz przewiózł mnie kilka kilometrów dalej na właściwą drogę hiszpański farmer na pace swojego auta. Zresztą na trasie spotkałem wiele życzliwych osób zwłaszcza, kiedy zobaczyli przypięte do roweru złączone flagi polską i portugalską. W Hiszpanii ugościła mnie pracująca w barze Meksykanka. Z kolei we Francji zaprosiło mnie do swojego domu spotkane w drodze małżeństwo Belgów. Kupili we Francji piękną, dużą posiadłość z basenem, ale częściowo jeszcze ją remontowali. A poza tym spałem gdzie tylko się dało – w hotelu, hostelu, w prywatnych domach w garażu, na drewnianej wieży obserwacyjnej czy w pustostanie, w którym nikt nie mieszkał od ponad 40 lat, a który mógłby być świetnym planem do nakręcenia horroru.

Organizm daje radę

Samotne podróżowanie Zygmunt Jantosz rozpoczął ponad 20 lat temu, jednak po tyskim rowerzyście nie widać, by „czas robił swoje”. Od jakiegoś czasu jest na emeryturze, ale rowerem jeździ niemal codziennie. Sporo czasu spędza także na siłowni. Nic dziwnego, że kondycja mu dopisuje…

– Moim atutem nie jest siła, ale wytrzymałość i jak się okazuje, organizm mam dobrze przygotowany, bo teraz jestem bardziej wytrzymały niż kiedyś. Z tego też powodu jeżdżę sam, bo niewiele osób potrafiłoby mi dotrzymać kroku przy całodziennej jeździe przez wiele dni. Jazda po górskich trasach w Stanach Zjednoczonych to była prawdziwa katorga i wydawało mi się, że jeśli je pokonam, nic mnie już nie zaskoczy. Ale trasy w Portugalii to przebiły…

Jak wspomnieliśmy, miniona podróż Zygmunta Jantosza miała także wymiar charytatywny, bowiem włączył się do zbiórki organizowanej przez Stowarzyszenie Ogień Wsparcia na leczenie 2-letniej Natalki. Hasło „Kręcimy dla Natalki” odnosiło się nie tylko do wyczynu popularnego „Zygi”, ale także do działań podejmowanych przez Dariusza Graszę, Żanetę Śpiewak, Marcina Kupsika, tyskich radnych – Patrycji Kosowskiej-Pawłowicz i Aleksandry Pabian oraz wielu innych osób, które działają w stowarzyszeniu lub włączyły się do akcji. Hasło „Kręcimy dla Natalki” obowiązuje nadal, bo nadal można przekazywać środki za pomocą portalu zrzutka.pl oraz wziąć udział w licytacji atrakcyjnych przedmiotów. Obecnie licytowany jest pamiątkowy kij hokejowy po zdobyciu złota w 2015 roku z autografami zawodników. Darczyńcą jest znany tyski biegacz i pływak oraz kibic GKS Tychy, Andrzej Kowalczyk.

2 KOMENTARZE

  1. Gratulacje i wyrazy wielkiego szacunku , jak się nie myle to pracowalismy razem w dawnym FSM-ie . Ale to było dawno temu.
    Dużo zdrowia.

Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.