Święta powinny być codziennie – wywiad z MasterChefem Kubą Tomaszczykiem

0
622

O udziale i zwycięstwie w tegorocznej edycji MasterChef, planach na przyszłość, nauce w technikum gastronomicznym, ale i o potrawach świątecznych rozmawiamy z Kubą Tomaszczykiem najlepszych kucharzem według jurorów najbardziej popularnego kulinarnego show w Polsce.

 

tychy.pl: Jak wrażenia na świeżo po emisji finałowego odcinka 11. edycji MasterChefa?

Kuba Tomaszczyk: – Dostałem ogromnego kopa i mnóstwo motywacji. Teraz jestem naładowany energia do działania. Bardzo się tym ekscytuję, że sporo firm chce ze mną współpracować. Po emisji finałowego odcinka telefon mi się rozdzwonił. Przez ostatnie dni od rana do wieczora nic innego nie robię, tylko wiszę na telefonie. Przestrzegano mnie przed tym, ale nie myślałem, że tych telefonów będzie aż tyle. Na szczęście otrzymałem mnóstwo porad od ludzi realizujących MasterChefa, zaopiekowali się nami, przestrzegli przed wieloma sytuacjami, jak choćby przed tym, że wiele osób będzie chciało „podpiąć” pod nasz sukces i zawrzeć z nami umowy, które niekoniecznie będą w naszym interesie. Naprawdę cała ekipa realizująca program to profesjonaliści w każdym calu i nikt w tym zespole nie znalazł się przez przypadek. To była dla mnie wielka przygoda, ale też konkretna lekcja. Mam zamiar jak najlepiej wykorzystać wszystko, czego się nauczyłem podczas programu.

To nie pierwszy twój występ w programie. Sześć lat temu doszedłeś do ścisłego finału MasterChef Junir, w którym zająłeś drugie miejsce. Biorąc udział w edycji dla dorosłych czułeś się jak w domu?

– Tak, czułem się, jakbym wracał do siebie. Tegoroczna edycja była nagrywana w tym samym studiu co MastreChef Junior. Nawet spaliśmy w tym samym hotelu. Jednak od pierwszego wejścia do kuchni czułem różnicę lat, które upłynęły. Przede wszystkim dlatego, że moje podejście się zmieniło, moje oczekiwania względem siebie były inne. Wtedy byłem 12-letnik Kubusiem, który przyszedł pokazać, że lubi bawić się w gotowanie. W tym roku do kuchni wszedłem jako Kuba, który przeszedł po fartuch. To mnie strasznie stresowało. To oczekiwanie, które sam sobie narzuciłem, ale też presja otoczenia. W sumie, to nikt nie wywierał na mnie presji, być może była tylko w mojej głowie, ale bardzo mnie ten pierwszy odcinek stresował. Chcąc nie chcąc, byłem faworytem, a ja lepiej się czuję w roli underdoga (z ang. dosłownie „pod psem”, w wolnym tłumaczeniu oznacza drużynę, po której oczekuje się przegranej). Jestem ambitny, chcę się rozwijać, by być tak dobry, jak tylko potrafię. Całe napięcie jednak prysło, kiedy otrzymałem fartuch w pierwszym odcinku. Resztę programu przeszedłem na względnym luzie. Finał oczywiście był stresujący, ale raczej stresujące było czekanie na werdykt, a nie samo gotowanie.

Jak się czułeś, oglądając siebie w telewizji?

– Jak oglądałem z rodziną pierwszy odcinek, to przez cały czas miałem głowę w poduszce. Strasznie byłem zawstydzony. Nie umiałem się przyzwyczaić do swojego wyglądu i zachowania. Miałem wrażenie, że straszne głupoty wygaduję. Widziałem, że się garbie, robię jakieś głupie miny, wykonuje niekontrolowane ruchy, ale z odcinka na odcinek przyzwyczaiłem się do swojego wyglądu i teraz w sumie patrzę na siebie bez zażenowania. Bardzo miło wspominam te wspólne wieczory przy kolejnych odcinkach MasterChefa, siostra bardzo się wzruszała za każdym razem. Oczywiście my, jako uczestnicy, nie mogliśmy zdradzić niczego, co się działo podczas realizowania programu, wyjątkiem była najbliższa rodzina. Zrobiłem im jednak pewien numer. Na bieżąco relacjonowałem im, co się dzieje na planie. Gdy rozdawano bilety do Toskanii, zadzwoniłem do wszystkich, że się nie dostałem. Zagrałem to idealnie i dali się nabrać. Potem wysłałem im zdjęcie z biletem i telefon się rozdzwonił z pretensjami, że sobie z nimi pogrywam, ale też z gratulacjami.

Kogoś jeszcze wkręciłeś? Może podczas realizacji programu?

– Pewnie. Nie trudno zauważyć, że byłem najmłodszym spośród całej czternastki, która otrzymała fartuchy. Bałem się trochę, że odczuję barierę wiekową, ale po kilku dniach nie miałem już żadnych obaw, bo szybko znaleźliśmy wspólny język. Nawet z Marcinem, a było między nami 24 lata różnicy. Świetnie rozumiałem się z Piotrkiem Hermanowskim, z którym poznaliśmy każdy zakątek hotelu. Jednego dnia trafiliśmy na imprezę urodzinową, po której zostały balony i urodzinowe czapeczki. Pomogliśmy obsłudze posprzątać, w zamian dostaliśmy te urodzinowe gadżety. Wpadliśmy do pokoju dziewczyn z balonami, czapeczkami, głośnikiem, muzyką i śpiewem „Sto lat”. Żadna z dziewczyn nie wiedziała, która ma urodziny, więc się do nas przyłączyły.

Wracając do sytuacji na planie zdjęciowym… Czy codzienne zdjęcia przed kamerami były męczące, czy bardziej motywujące?

– Faktycznie czasami spędzaliśmy 12 godzin na planie. Może się to wydawać dużo, ale dla nas to była zabawa i przygoda w jednym. Dzięki wspaniałemu zespołowi realizacyjnemu i ludziom, którzy uwielbiają swoją pracę, za każdym razem, gdy na kamerze zapalało się czerwone światełko, dostawaliśmy ogromnego kopa i dawaliśmy z siebie wszystko. Trudno to opisać słowami, bo nigdy jak opisać prawdziwe czary? Ta atmosfera, która panowała, nie jest w żaden sposób możliwa do podrobienia. Faktycznie jednak po powrocie do hotelu zasypiałem w mig. Było to meczące, ale tak pozytywnie. Ja lubię sobie pospać. Dodam, że śniadanie, które było o określonej porze, udało mi się zjeść może ze trzy razy. Wspaniała obsługa pakowała mi śniadanie na wynos. Pozdrawiam ich serdecznie oraz naszego opiekuna, który był ogromną pomocą podczas całego pobytu i całego programu.

Co się z tobą działo przez 6 lat pomiędzy programami?

– Po MasterChef Junior otrzymałem mnóstwo zaproszeń do współpracy i jeździłem po całej Polsce po różnych eventach. Ale nie ma co ukrywać, byłem wtedy jeszcze dzieckiem i nie miałem w głowie kariery jako takiej. Uważam, że to była dobra decyzja. Po prostu cieszyłem się dzieciństwem i gotowaniem. Eksperymentowałem głównie w domu, a inspiracji szukałem, odwiedzając z rodziną różne restauracje. Odwiedziłem restaurację Wojciecha Amaro, gdy jeszcze był częścią świata najlepszych restauratorów w Polsce, i bardzo miło wspominam tę wizytę. Miałem możliwość wejść na kuchnię i zobaczyć, jak się tam pracuje. Gotowałem też w kilku tyskich restauracjach. Wszystkie wspominam równie miło.

Czy mamy w Tychach dobre restauracje?

– Tak, chociaż Tychy to trudny rynek. Nie jesteśmy tak dużym miastem jak Warszawa, Kraków czy chociażby Katowice, więc trudno spodziewać się, że przyciągniemy restauratorów na najwyższym poziomie. W Tychach, jak wszędzie, lubimy sobie dobrze zjeść i przeciętny tyszanin raczej rozgląda się za przyzwoitym posiłkiem w racjonalnej cenie. Stąd restauratorzy właśnie przygotowują tego typu ofertę. Sam bardzo lubię proste i syte posiłki. Oczywiście w Tychach też mieszkają smakosze, którzy uwielbiają wyszukane i wykwintne dania, ale trudno na nich budować biznesplan. Najlepsze restauracje, co nie jest żądnym odkryciem, znajdują się w dużych i turystycznych miastach. Tychy nie są ani duże, ani turystyczne. Co nie oznacza, że nie można u nas spotkać naprawdę dobrych restauracji. Ze względu na sporą współpracę strefy ekonomicznej z włoskim biznesem mamy świetną restaurację włoską i kilka naprawdę niezłych pizzerni. Gdybym miał zabrać dziewczynę do restauracji, to bez wstydu odwiedziłbym z nią kilka miejsc w Tychach. Nawet gdyby była z Warszawy.

Aktualnie jesteś uczniem w technikum gastronomicznym (Technikum nr 6). Mając Twoją fantazję i kreatywność, nie nudziła cię nauka podstaw?

– Najtrudniejsze był okres pandemii. Prawie przez dwa lata uczyliśmy się zdalnie. To zdecydowanie nie jest dla mnie. Ja potrzebuję kontaktu z nauczycielem, uwielbiam praktykę. Oczywiście to był pewien komfort, że mogłem wstać z łóżka i od razu rozpocząć lekcję, alem kończyło się na tym, że logowałem się na lekcję i spędzałem 5 godzin niewylogowany na pierwszej lekcji biologii. Nauka powinna wiązać się jednak z jakimś wyzwaniem i z wymaganiami. Cieszyłem się, jak się skończyła pandemia i mogliśmy wrócić do szkoły. Oczywiście najbardziej lubiłem zajęcia z gotowania, wiadomo. Co do mojej fantazji i podstaw to… Najtrudniej mi było przemóc się, by uczyć się zasad i norm, jakie wiem, że nie funkcjonują nigdzie indziej poza sztywnym programem nauczania. Egzaminy zawodowe punktowane są według klucza, który niekoniecznie jest stosowany w restauracjach. Doceniam jednak podejście moich nauczycielek. To świetni pedagodzy, od których wiele się nauczyłem. Do szkoły przyszedłem jako dość sprawny kucharz, jednak dzięki moim nauczycielkom zobaczyłem, jak jeszcze mało o tym zawodzie wiem. Kompletnie nie żałuję, że wybrałem tę szkołę.

Co masz zamiar robić po maturze?

– Nagrodę, którą otrzymałem, chcę przeznaczyć na rozwój swoich mediów społecznościowych. Chcę po prostu prowadzić swój kanał kulinarny w internecie. Potrzebuję do tego trochę sprzętu wideo i pewnych umiejętności. Teraz czuję, że mogę się skupić na swojej karierze zawodowej, a wygranie programu pokazało mi, że to jest najwłaściwszy czas. Staram się dużo czytać o samorozwoju, ekonomi i biznesie i wszędzie powtarza się jedna zasada. Pierwsze pieniądze zawsze powinno się inwestować w siebie. Chciałbym za kilka lat spojrzeć w lustro i powiedzieć do samego siebie „Kuba, naprawdę dobra robota”.

Od czego zaczniesz?

– Zacznę od krótkich form na Instagarmie i Tik Toku, ale docelowo chciałbym nagrywać dłuższe formy na YouTub. Mój kanał będzie adresowany do kucharzy amatorów czyli do miłośników gotowania. Będę starał się pokazywać proste przepisy, ale nie banalne. Mam już pewne doświadczenie i swoje sposoby na wyciągnięcie interesujących smaków z prostych produktów. Właśnie taką wiedzą chcę się się dzielić. Podobną strategię przyjąłem, wydając moja książkę kucharską. Jest w niej kilka bardziej wymagających przepisów, jednak ich trudność rośnie z przepisu na przepis, dzięki czemu czytelnik rozwija się i mierzy z coraz większym wyzwaniem. Może kiedyś w moim programie pokażę np. jak się obchodzić z wołowiną wagyū (ogólna nazwa kilku ras mięsnego bydła japońskiego, o wyjątkowej jakości i wysokiej cenie, sięgającej kilka tysięcy złotych za kilo – przyp. red).

Za kilka dni święta. Jak wyglądają Święta Bożego Narodzenia u Tomaszczyków? Jest 12 tradycyjnych dań postnych i obowiązkowy karp w… wannie?

– Musze przyznać, że ja bardzo lubię cała otoczkę świąt. Zwłaszcza bożonarodzeniowych, wtedy dostaje się lepsze prezenty. Jest to przede wszystkim okazja do spotkania z całą rodziną, a ja bardzo lubię tę atmosferę. Mam to szczęście, że w naszej rodzinie nie musimy mieć specjalnych okazji, żeby się wspólnie spotkać przy jednym stole i spędzić dobrze czas. Innymi słowy chcę powiedzieć, że święta powinny być codziennie. Co do potraw to nie skupiamy się na ilości. 12 dań to trochę przerost formy nad treścią. Ileż można jeść. Skupiamy się, aby nic się nie marnowało i żeby wszystko było pyszne. Jak mamy coś zrobić, tak żeby po prostu było, to wolimy nie robić tego wcale. I to jest super. Co mamy u Tomaszczyków na stole? Muszą być pierogi z kapustą i grzybami od babci, które są najlepsze na świecie. Serio, nie jadłem nigdy lepszych. Poza tym moczka, ale… i tutaj zaskoczenie – jako mleczna zupa rybna na karpich łbach. Tak jak mówiłem, u nas nic się nie marnuje i wykorzystujemy wszystko w stu procentach. Zawsze mamy barszcz z uszkami, oczywiście jest rybka. Sam jeszcze nie wiem, co przygotuję. Zawsze staram się zrobić rodzinie niespodziankę, ale wpisującą się w świąteczny klimat.

Na zakończenie poproszę o jeden zaskakujący przepis świąteczny .

– W takim razie stawiam na babciną moczkę. Jestem przekonany, że czytelnicy Twoich Tychów nic bardziej zaskakującego nie znajdą. Oczywiście za przepis (poniżej) ręczę moimi imieniem. Życzę wszystkim smacznego i wesołych świąt.


Świąteczna rybna moczka

Liczba porcji: 8 porcji, czas przygotowania: około 45 minut.
Składniki:

  • 5 głów z karpia (oczyszczonych),
  • 1 por,
  • 1 marchew,
  • 1 seler,
  • 1 korzeń pietruszki,
  • 3 ziarenka ziela angielskiego,
  • pieprz (około
    10 ziaren),
  • sól, pieprz,
  • 2 liście laurowe,
  • 3 łyżki mąki pszennej,
    1 cebula (opalona na palniku),
  • śmietanka 36%.

Sposób przygotowania:
Głowy ryb gotujemy z warzywami (warzywa gotujemy w całości) i przyprawami około 30 minut. Wyjmujemy głowy i obieramy z nich mięso. Seler, marchew i pietruszkę kroimy w kostkę. Redukujemy wywar i przecedzamy przez sito. Do wywaru dodajemy obrane mięso z głów i pokrojone w kostkę warzywa. Zagęszczamy niewielką ilością mąki pszennej rozmieszanej z wodą. Na koniec dodajemy śmietankę 36% według uznania i doprawiamy solą i pieprzem.