Im gorzej tym lepiej – rozmowa z Markiem Suslikiem

0
697
Marek Suslik z Elzą. Fot. Kamil Peszat

Rozmawiamy z Markiem Suslikiem, tyszaninem, który otrzymał wyrożnienie Kolosa w kategorii Wyczyn.

 

Marek Suslik znany jako Marco PL czy też White Wolf odebrał wyróżnienie w kategorii „Wyczyn” podczas gali Kolosy 2021. Jury nagrodziło Marka Suslika za „udane zaadaptowanie siebie i sprzętu do ekstremalnych temperatur i warunków syberyjskiej zimy”. Marek Suslik przystosował swoją towarzyszkę drogi – Elzę, czyli motocykl Hondę XL 600 LM do srogiej zimy, montując między innymi narty po bokach jednośladu i wyruszył w najzimniejsze miejsce na ziemi – Jakuck w północnej Rosji.

Plan zakładał przejechanie prawie 11 tysięcy kilometrów zimą z Tychów na drugi kraniec Azji w mrozie dochodzącym do – 50 stopni Celsjusza. Po miesiącu zdobył Jakuck, na którym zakończył swą podróż. Nie była to jego pierwsza zimowa wyprawa motocyklem, we wcześniejszych latach odbył trasy, które upewniły go, że taka aktywność jest możliwa. Miał „przyjemność” zimą pojechać m.in. na Nordkapp, czyli najbardziej wysunięty na północ punkt Europy.

Marek, kto normalny jedzie tysiące kilometrów do Jakucka i to w zimę na motorze? Po co robi się takie rzeczy?

Nie pojechałem, żeby coś zdobyć. W sumie to ja do dziś się zastanawiam, co mnie ciągnie na takie wyprawy. Myślę, że bardziej zasadnym pytaniem jest dlaczego wyruszam, niż po co… Dlaczego zatem? Bo lubię. Sprawia mi przyjemność wystawianie się na coraz gorsze warunki i marznięcie. Testowanie swoich granic… Motocykle to był mój konik od dziecka. W mojej rodzinie zainteresowanie tym środkiem transportu jest dziedziczne. Pierwsze zdjęcie na motocyklu zrobiono mi, jak miałem 5 miesięcy. Mam je do dziś. Zaczynałem od motorynki, która szybko zamieniłem na Ogara 200 czy MZ. Dorastałem wśród motocykli, na których starałem się jeździć cały rok. To był po prostu mój naturalny środek transportu. Gdy dorosłem kupiłem sobie pierwszy motocykl enduro, zacząłem przesuwać granicę. Zacząłem jeździć po bezdrożach oraz podczas coraz gorszych warunków. Jednak wciąż jeździłem wokoło komina, po okolicznych lasach czy polach. W zimę udawałem się w kilkugodzinne trasy. Głupio to zabrzmi, ale czerpałem ogromną satysfakcję z tego marznięcia.

Kiedy postanowiłeś ruszyć w dalsza trasę?

Pierwszym większym wyjazdem, który wymagał większego samozaparcia i przełamania się był niemiecki zlot motocyklowy Elefantentreffen. Zlot odbywa się w górach niedaleko Monachium, gdzie temperatury sięgają – 20 stopni Celsjusza. Tam zawsze były grube zimy. Trafiłem na temperatury – 28 stopni. To było pierwsze większe wyzwanie, jakie sam sobie postawiłem. Trasa z Tychów wyniosła ok. 800 km. Tam odkryłem „zmoty” czyli maszyny, które są przerabiane tylko i wyłącznie do ciężkich zimowych warunków. Takie konstrukcje często przeznaczone są na jeden sezon lub jedną wyprawę, podczas których motocykl po prostu niszczeje. Zobaczyłem konstrukcje żywcem wyjęte z planu zdjęciowego filmu postapokaliptycznego. Wtedy zrozumiałem, że to jest środowisko dla mnie – im bardziej nieprzyjazne i nieprzejezdne tym lepsze. Testowanie siebie i wystawianie swojego organizmu na próbę stało się nieodłącznym elementem mojego życia.

To twoje zaparcie w końcu zostało docenione. Kolos to najważniejsza w kraju nagroda dla podróżnika.

Bardzo się cieszę, że Kolosa, którego otrzymałem, przyznano mi w kategorii Wyczyn. Nominację dostałem również w kategorii Podróże. Muszę przyznać, że same nominacje były dla mnie nagrodą. To jest przedsięwzięcie niekomercyjne i nie można zapłacić, aby znaleźć się wśród nominowanych. Osoby, które wcześniej otrzymały Kolosa są dla mnie prawdziwymi autorytetami… I nagle ja otrzymuję wyróżnienie za swój wyczyn. Trudno mi było w to uwierzyć. Tym większa była moja radość.

Co jest dla Ciebie największym wyzwaniem podczas tak karkołomnego wyczynu?

Podczas wyjazdów pokonuję przede wszystkim ograniczenia psychiczne, fizyczne ale i sprzętowe. To jest kluczowe i z tego mam ogromną satysfakcję. Na co dzień zmagałem się z temperaturą – 50 stopni. Cała wyprawa trwała ponad miesiąc. Im dalej tym miałem do czynienia z coraz gorszymi warunkami. Jak startowałem spod „Żyrafy” to temperatura była siedem na plusie. Pod koniec 1,5 miesięcznej podróży podczas ostatnich dni termometr pokazywał – 60 stopni.

Twój wyczyn śledziło w jednej chwili ponad 70 tys. widzów…

Ludzie wkręcili się w moją podróż jak w serial. Dzięki aparaturze, którą miałem ze sobą, mogli obserwować gdzie jestem, ile kilometrów przejechałem, z jaką prędkością i przy jakiej temperaturze. Codziennie dostałem wiadomości od ludzi z całego świata, miałem z nimi stały kontakt. W pewnym momencie zrozumiałem, że to już nie tylko moja podróż i mam ze sobą, jak to się mówi w żargonie piłkarskim, dwunastego zawodnika. Każdy postój spotykał się z pytaniami o mój stan zdrowia. Po prostu czułem, że mam za sobą potężną grupę życzliwych mi osób.

Ile spałeś dziennie? Dało się w ogóle wyspać w takich warunkach?

Tyle o ile. Spałem po 5-6 godz. Wydawałoby się, że po całym dniu na ekstremalnym zimnie trochę ciepła uśpi każdego. Tak to nie działa. Gdy przychodziło mi spać, musiałem odciąć się od rzeczywistości. Pomagała w tym muzyka, którą słuchałem. Starałem się też naturalnie wybudzać. Nie miałem ustawionego budzika, bo po prostu często byłem tak zmęczony, że ze zmęczenia nie mogłem zasnąć. Brzmi to dziwnie, ale tak było. Gdy już zasnąłem, zależało mi na tym, aby organizm wypoczął na tyle, na ile uzna za potrzebne.

Jak wyglądają przygotowania do takiej wyprawy?

Bardzo prosto – po prostu jeżdżę na motorze cały rok i nie chodzę ciepło ubrany. Staram się ciągle swoje ciało wystawiać na ekspozycje. Poza tym, to też może zabrzmieć dziwnie, ale staram się przed wyprawą przeziębić się. Swoje wyprawy rozpoczynam zawsze w styczniu, co związane jest z tym, że chcę spędzić święta z rodziną. Może to brzmi drastycznie, ale liczę się z tym, że to mogą być moje ostatnie z nimi święta.

Co zatem jest najbardziej niebezpieczne w Twoich wyprawach?

Tym razem było to TIRy. O ile ja mogę zniwelować niebezpieczeństwo, dbając o swój stan zdrowia i stan techniczny pojazdu, o tyle nie mam wpływu na zachowanie innych użytkowników drogi. W zderzeniu z samochodem nie mam żadnych szans. W drodze do Jakucka widziałem wiele samochodów w rowie. Traktuje je jako potencjalne pociski. Poza tym w pewnym momencie przestałem mijać osobowe samochody i znalazłem się na trasie, którą pokonują tylko i wyłącznie samochody towarowe. Z pozycji kierowcy TIRa motocyklista jest niezauważalny. Warto pamiętać, że tam nikt się mnie nie spodziewał. Dość często kierowcy jadą środkiem drogi, gdyż wiedzą, że ruch jest znikomy, a ewentualne inne pojazdy będą widoczne z daleka. Mały motocykl to coś, czego nikt nie bierze pod uwagę. Stąd każdy TIR to dla mnie potencjalne zagrożenie. Te jeżdżą często w konwojach. Tam po prostu nie jeździ się samemu ze względu na śmiertelne temperatury. W momencie, gdy się zatrzymasz z powodu awarii i jesteś sam – giniesz. Nie ma lawety czy pomocy technicznej. W razie gdy ciężarówka odmawia posłuszeństwa, zostawiasz ją i zabierasz się z kolegami z konwoju. Tak to wygląda. Zatem gdy mijam pierwszego TIRa, zasypuje mnie mała lawina śnieżnego kurzu, widoczność spada praktycznie do zera, a za nim jadą kolejne, które nie widzą mnie, a ja często nie widzę ich, a nawet nie mam pojęcia ile ich jest. W takich warunkach bardzo łatwo o tragiczny wypadek.

Miałeś moment, w których chciałeś odpuścić? Dotknąłeś swojej granicy?

Mam ją cały czas przed sobą. Zrobiłem w życiu ponad 35 tys. km zimą. Mogę przyznać, że nie miałem jeszcze sytuacji tak kryzysowej, abym zawrócił. Od strony technicznej nic mnie nie zaskoczyło. Oczywiście cierpiałem odmrożenia kończyn i do dziś mam problem z palcem u dłoni. To co mnie jednak zaskoczyło to jakuckie dzikie konie. Potrafią całymi stadami spać na drodze. Stąd podróż nocą jest wielce nie wskazana. Trudny był też moment, gdy przejeżdżałem przez rzekę Lenę. Zamarza, dzięki czemu jeżdżą po niej blisko stutonowe ciężarówki. Temperatura spada do – 70 stopni. Jest takie zjawisko zaobserwowane wśród narciarzy, że buty pod wpływem temperatury się kurczą. Tam zaobserwowałem to samo z moim kaskiem. Jakby mi ktoś go zacisnął na szyi. Jak wchodziłem do baru to musiałem poczekać, aż plastik się rozszerzy, trzaskając przy tym. Ściągałem kombinezon, który mogłem postawić na sztywno przy grzejniku i patrzyłem jak powoli dosłownie spływa.

O czym myślisz podczas podróży?

O wszystkim i to kilka razy. W podroży mam mnóstwo czasu na myślenie. Przemyślałem swoje życie zawodowe, swoje życie prywatne, swoje miejsce na ziemi. Ja już przemyślałem przemyślane rzeczy. Ale faktycznie często pojawia się to pytanie w mojej głowie – czy warto tak ryzykować? Skoro planuję kolejne podróże to odpowiedź jest oczywista.