Podczas 4 godz. patrolu odwiedziliśmy osiem miejsc, gdzie przebywają bezdomni, z czego dwie wizyty były interwencjami. Na służbie towarzyszyliśmy strażnikowi Marcinowi Paździorkowi oraz starszemu strażnikowi Bartłomiejowi Kosierkiewiczowi.
Spotykamy się o godz. 8.00 już po odprawie strażników. Udajemy się pod wiadukt kolejowy pod ul. Mikołowską. Bezdomni koczujący zaraz obok noclegowni? – Nie wszystkim odpowiadają zasady, które obowiązują w ośrodku – tłumaczy strażnik Marcin. – Głównym problemem jest zakaz spożywania alkoholu na terenie noclegowni – dodaje. Pytany o inne przyczyny ucina temat. Jeszcze tego samego dnia dowiedzieliśmy się od innych koczowników, że w noclegowni panuje hierarchia i coś na wzór wojskowej fali. Nowi mieszkańcy muszą wkupić się w łaski już urzędujących, a nie zawsze odbywa się to dobrowolnie. Dlatego część osób decyduje się na koczowniczy tryb życia. I dla alkoholu oczywiście.
Koce i ciepła odzież
Zanim jeszcze opuściliśmy radiowóz, strażnicy zarzucają na plecy wielkie i wypchane wory oraz torbę medyczną OSP r-0 . – Od dwóch lat doglądam bezdomnych – tłumaczy strażnik Marcin. – Nasi znajomi o tym wiedzą i często przynoszą nam odzież, koce czy produkty pierwszej potrzeby. W przypadku ostatniej zbiórki, z pomocą ruszył także portal 112Tychy, dzięki któremu trafiliśmy z apelem do mieszkańców miasta. Przez ostatnie parę dni otrzymaliśmy worki wypełnione przede wszystkim kocami i innymi nakryciami, ciepłą odzieżą obuwiem, czy żywności.
Tym razem nie zastaliśmy nikogo. Koczowisko wygląda bardziej jak małe wysypisko śmieci. – To jest główny problem z bezdomnymi – mówi strażnik Marcin. – Większość, gdziekolwiek się pojawi, robi wokół siebie niesamowity śmietnik. Często załatwiają swoje potrzeby w najbliższej okolicy i o ile koczują pod mostem, raczej są niewidoczni. Problem pojawia się zimą, gdy zajmują klatki schodowe, strychy czy piwnice. Wtedy mieszkańcy dzwonią z interwencjami – dodaje. Zostawiamy worki z odzieżą na miejscu i się oddalamy. – O tej porze bezdomni są zazwyczaj na swoich rejonach – tłumaczy strażnik Bartek. – Każdy ma swój, gdzie zbiera złom, puszki i butelki. To jest ich główne źródło utrzymania, dlatego zaciekle bronią swoich rewirów – tłumaczy.
Dostajemy wezwanie na ul. Zgrzebnioka, gdzie na klatce śpi bezdomny. Po drodze strażnicy w ciemno zgadują, po kogo jadą. Przez lata poznali wszystkich tyskich bezdomnych z imienia, nazwiska i pseudonimu. – Zdziwiłby się pan, ale ja znam nawet ich pesele na pamięć – śmieje się strażnik Marcin.
Prawo to za mało.
Po otwarciu drzwi klatki schodowej zgłoszenie potwierdza straszny smród. Strażnicy troszkę się ze mnie nabijają, bo przychodzi im pracować w o wiele gorszych warunkach. Bezdomni moczą się we śnie, załatwiają swoje inne potrzeby w spodnie, często są zarobaczeni i miewają wszystkie choroby świata. – Tak to wygląda, niezbyt ładnie – rzuca jeden ze strażników. Przy wejściu do piwnicy śpi bezdomny. Od razu go rozpoznają, to jeden z braci, o których rozmawiali w radiowozie. – Jest trzeźwy, zatem jedyne co możemy zrobić, to zaproponować odwózkę na noclegownię, ale wiem, że odmówi. Prosimy więc, by nie spał na klatce, bo to przeszkadza mieszkańcom – tłumaczy strażnik Marcin. Strażnicy chwilę rozmawiają z bezdomnym, wypytują, co mu potrzeba. Wręczają koc odzież i kilka papierosów z prywatnych zasobów. Bezdomny oddala się.
– To trochę taka syzyfowa praca, mieszkańcy dzwonią, wy przyjeżdżacie, przeganiacie delikwenta, on zaś idzie spać do innej klatki. I tak w kółko Macieju – zauważam, ale bardziej pytam. – Tak to mniej więcej wygląda – odpowiada strażnik Marcin. – Mężczyzna, przebywający na klatce, ani nie łamie prawa, ani nie kwalifikuje się do przewiezienia do izby wytrzeźwień. W obowiązującym systemie prawnym brakuje podstaw do usunięcia osoby bezdomnej z uwagi na sam fakt jej przebywania w określonym miejscu. Tylko w sytuacji gdy zachowanie lub stan osoby bezdomnej zagraża zdrowiu lub życiu jej lub innych osób, można ją siłą usunąć z klatki lub korytarza i odtransportować np. do izby wytrzeźwień. Ja jednak widzę głębszy sens naszych interwencji. Przede wszystkim mamy bezpośredni kontakt z bezdomnym. Wypytujemy go o stan zdrowia i jego potrzeby. Dzięki tym interwencjom możemy lepiej dopasować nasza pomoc. Może to zabrzmi głupio, ale po prostu podczas takich interwencji czy zwykłych wizyt zbieramy zamówienia na buty, czapki, rękawiczki, leki, sztućce i inne przedmioty pierwszej potrzeby – wylicza. – Zaraz pojedziemy odebrać łóżko polowe – dodaje strażnik Bartek. – W jednym z bloków na innym osiedlu w piwnicy zamieszkał bezdomny. Bardzo czysty, na jego obecność nie uskarżają się mieszkańcy. Dotychczas spał na ziemi. Razem z Marcinem rozpowiadaliśmy, że potrzebujemy łózka polowego i… otrzymaliśmy takie od naszego starego „klienta”, który sam kiedyś był bezdomnym, ale wyszedł z tego na prostą.
Mieszkaniec altany śmietnikowej.
Po drodze otrzymujemy zgłoszenie, że są problemy z bezdomnym w altanie przy ul. Kubicy. Strażnicy wiedzą doskonale, do kogo jadą. W śmietniku mieszka bezdomny, zaś jego obecność przeszkadza pracownikom w odbiorze odpadów. Miedzy kontenerami porozwieszane są ciuchy na wieszakach oraz przedmioty pierwszej potrzeby. Koniec końców mieszkaniec śmietnika spakował się do wózka dziecięcego i opuścił altanę. Powtarza się procedura. – Co u ciebie? Potrzebujesz czegoś? Może spodnie se nowe weź, te masz już mocno sfatygowane. Masz też kurtkę i maseczki. Fajkę byś jeszcze chciał, ty to jesteś. Masz i nie pakuj się w kłopoty. Do zobaczenia.
Możemy udać się na oś. P, gdzie czeka na nas kolejny bezdomny. – Zam go osobiście od lat – opowiada strażnik Bartek. – Żył z partnerką, której pomagał w prowadzeniu działalności gospodarczej, ale partnerka zmarła, a on stał się z dnia na dzień bezdomnym i bezrobotnym. Lubi piwo wypić, ale nigdy go nie widziałem zataczającego się. Aktualnie zajmuje pomieszczenie w piwnicy. Dba o porządek wokoło siebie, a dodatkowo pełni rolę stróża, bo jak coś zginie z piwnicy, to będzie na niego, zatem w jego największym interesie jest, aby nic z piwnicy nie zginęło – opowiada. Na miejscu już nas wyczekuje mieszkaniec piwnicy. Strażnicy wyciągają łóżko polowe i wypełnione worki, które transportujemy do pomieszczenia. Moja obecność z aparatem mocno peszy mieszkańca, ale i tak nie potrafi powstrzymać uśmiechu i chyba nawet łzy. Po krótkiej rozmowie strażnicy wracają do radiowozu biedniejsi o kilka złoty i papierosy. Mineła około godzina patrolu strażników miejskich.
Na naszej trasie widnieją jeszcze pustostan, zamieszkała przyczepa reklamowa, budowa klasztoru franciszkańskiego oraz cmentarz. Gdy nie zastajemy koczowników, zostawiamy rzeczy w umówionym miejscu i jedziemy dalej. Jeden „obóz”, który odwiedzamy wyróżnia się. Jest prowizoryczna kuchnia polowa, stół, baniaki z wodą, posłania, a nawet radio. – Niedawno się przenieśliśmy – mówi jeden z koczowników. – Staramy się nie rzucać w oczy, bo ludzie zaczynają do nas zaglądać. Zazwyczaj dzieci z ciekawości lub by porzucać w nas kamieniami – żali się. Gdy wypytujemy o genezę bezdomności, słyszymy te same elementy co wcześniej. Problemy z alkoholem, kłopoty finansowe, zniszczone relacje, rozwód, śmierć żony – to kilka klocków, z których budują się wszystkie te historie.
– To nie jest łatwe zadanie – mówi strażnik Marcin. – Nie można do niego podchodzić, jak do innej pracy, o której zapominasz, gdy kończy się zmiana. Bezdomni zaczepiają nas, gdy jesteśmy na mieście z rodziną. Często przychodzą z jakimiś problemami, wówczas kontaktujemy się z kolegami na służbie, by jak najszybciej je rozwiązać. Bycie strażnikiem traktuje bardziej jako powołanie niż sposób zarobienia na życie. Bez takiego podejścia bardzo łatwo jest się wypalić w kilka tygodni.




