Lata realnego socjalizmu, czyli jak mówią niektórzy „czasy słusznie minione”, nie sprzyjały wystawnemu świętowaniu, całej tej komercyjnej otoczce, która dziś zawładnęła większością z nas. Problemy związane głównie z brakiem… wszystkiego sprawiały, że polskie rodziny skupiały się zdobywaniu różnych produktów, na tym, by zrealizować powszechne wówczas kartki lub na polowaniu na coś, co można było ofiarować komuś na prezent. Cieszyliśmy się drobiazgami, ale rzeczywistość skrzeczała…
Sprzedaż wiązana
W związki z brakami w zaopatrzeniu do codziennego języka trafiły takie określenia, jak „lista kolejkowa”, „stacz kolejkowy”, „sprzedaż wiązana” (zakup jednego atrakcyjnego towaru łączono z zakupem innego, nieatrakcyjnego dla klienta, bez obniżania cen obu towarów). Oczywiście niemal wszystko było reglamentowane. W dziejach PRL rozróżnia się trzy „okresy kartkowe”. Pierwszy od zakończenia wojny do 1950 r, drugi – od 1951 do 1953 r i trzeci – od 1976 do 1989 r. Ten ostatni rozpoczął się od kartek na cukier, potem system kartkowy rozszerzono na mięso, wyroby mięsne, masło, mąkę, ryż i kasze, a w kolejnym etapie – na czekoladę, alkohol, benzynę, wreszcie na pieluchy, watę masło, proszek do prania, a nawet buty. Z kolei pokwitowanie ze skupu makulatury uprawniało do odbioru papieru toaletowego wg przelicznika: kilogram makulatury – jedna rolka.
Jadą cytrusy
W podporządkowanej jednej partii mediach – TVP, Polskim Radiu i rzecz jasna w prasie – informowano, iż rząd stara się jak może, by na święta zwiększyć dostawy towarów. Informowano, iż do polskich portów przybijają kolejne statki, np. „Snow Flower” przywiózł z Kolumbii banany, „Siemiatycze” i „Estebogen” – cytryny, „Olkusz” – soki pomarańczowe i cytrynowe. W przedświątecznym tygodniu zapowiadany był statek „Oświęcim” z tonami rodzynek, a w ładowniach „Contilibana” były suszone figi. Statki zawijały do portów jeden za drugim. Skoro mowa o cytrusach, to przysłowiowe wręcz stały się pomarańcze kubańskie, coś w rodzaju „wyrobu czekoladopodobnego”. W latach 80. Kuba stała się jednym z głównym dostawców cytrusów do Polski, także dlatego, że Kubańczycy zgodzili się rozliczać je w… węglu. Pomarańcze z Kuby były jakby niedojrzałe – zielone, kwaśne, włókniste, ale w sklepach (i przed nimi) i tak ustawiały się po nie długie kolejki.
Sklepy czynne godzinę dłużej
Tygodnik „Echo” co roku zamieszczał rubrykę „Handel i usługi w okresie świątecznym”. W grudniu 1980 roku, a więc kilka miesięcy po powstaniu Solidarności i rok przed ogłoszeniem stanu wojennego, w jednym z numerów czytamy, iż Wydział Handlu i Usług Urzędu Miejskiego w Tychach wydał zarządzenie, by od 19 do 22 grudnia sklepy z artykułami przemysłowymi i spożywczymi pracowały o godzinę dłużej niż do tej pory. W Wigilię Supersam w części spożywczej miał być czynny w godzinach 8-16. Tego dnia sklepy z art. przemysłowymi były nieczynne, z wyjątkiem Cepelii, Rzemieślnika, Jubilera przy pl. ZBOWiD. Ustalono świąteczne dyżury dla… lokali gastronomicznych – w Wigilię miały dyżurować „Kaskada”, „Słoneczna”, „Paprotka”, bar „Koniczynka” i „Przystań”, a pierwszego dnia świąt – m.in. „Mimoza”, „Kameralna”, „Agawa”, Teatralna”, „Maleńka” oraz bary: „Sasanka”, „Pyrlik” i „Unibar”.
Będą problemy
W grudniu 1980 roku Wigilia była w środę, więc pisano o tym, że dostawy towarów mogą okazać się niewystarczające z uwagi na to, że dla większości Polaków święta trwać będą bardzo długo, czyli 4 dni. Tymczasem zwracano uwagę, że od dłuższego czasu występowały „ogromne wykupy artykułów żywnościowych”. Informowano, iż mino zwiększonych dostaw wielu produktów, półki w sklepach nadal świeciły pustkami.
Spisana kolejka po… bony
Aby ułatwić zakupy i równo, „socjalistycznie” podzielić najbardziej poszukiwane towary, władze wielu miast wprowadziły przed świętami jednorazowe bony na zakup „wyższych gatunków mięsa, wędlin oraz masła”. Ustalono, że każdemu przysługuje jednorazowy bon: 80 dkg wędzonek (szynka, baleron, polędwica), 50 dkg mięsa (schab środkowy, karkowy, wieprzowina bez kości) oraz 25 dkg masła.
Bony wydawano tylko na dowody osobiste, ale idąc po bon, nie wszyscy zabierali dokumenty ze sobą. Prasa odnotowała taki oto dialog (uwaga to nie jest skecz kabaretowy!):
Staruszka I: Kto to zarządził, że trzeba okazywać dowody? Kartki na cukier można było dostać na odcinek renty. Nikt nas nie informował, że teraz trzeba przynieść dowody.
Urzędniczka: Przecież my wszystkich nie znamy, a to są duże pieniądze. Każda kartka ma wartość 150 zł. Musi pani wrócić po dowód.
Staruszka I: Ale można było wywiesić ogłoszenia na klatkach w blokach, że potrzebny jest dowód…
Staruszka II: Takiego bałaganu jeszcze nie widziałam. Jak wczoraj stałam po śledzie, to kolejka była spisana. Każdy wiedział, kto za kim stoi i dobrze się stało.
Emeryt I: Każdy chce kupić jak najszybciej. Wiadomo, że szynki, polędwicy później nie będzie.
Emeryt II: Jakby zaczęli wydawać bony tydzień temu, to by nie było tego tłumu, a tak zwalili wszystko na administrację i są zadowoleni.
Kilo karpia – 100 zł
Jak święta to oczywiście karpie. W latach powojennych karp był rybą… luksusową. Któryś z ministrów wymyślił hasło: „karp na każdym wigilijnym polskim stole” i zarządził tworzenie sieci Państwowych Gospodarstw Rybackich. Rozpoczęło się zarybianie stawów na wielką skalę. Mimo to, co roku ustawiały się gigantyczne kolejki po karpie. Zatrudnieni w zakładach pracy i instytucjach na ogół otrzymywali przydziały na karpia w miejscach pracy, jednak gdy w sklepie towaru zabrakło, urządzano „kolejkową loterię” lub dzielono rybę na części, że każdy mógł dostać przynajmniej kawałek.
Karpie kupowało się wtedy, kiedy „rzucono” je do sklepów i po odstaniu w kolejce, trzeba było szybko wracać do domu, bo zakupiona ryba jeszcze żyła. A że do Wigilii było nieraz kilka dni, nieodłącznym elementem „świeckiej tradycji świątecznej” PRL były wanny pełne wody z pływającymi karpiami. Uciechę miały dzieci, bo bawiły się z rybami, a poza tym, aż do Wigilii nie musiały się myć.
Tyszan na ogół zaopatrywał Pszczyński Zakład Rybacki. W 1980 roku kilogram karpia kosztował ok 100 złotych, ale jak mówił kierownik zakładu reporterowi „Echa”, przy takich cenach do produkcji karpia trzeba było dokładać.
Bez słodkiej niespodzianki
Jedno z grudniowych wydań „Echa” przynosi informację o kontroli zaopatrzenia sklepu znajdującego się przy FSM. Otóż kontrolujący „stwierdzili na zapleczu sklepu galanterię czekoladową w ilości 500 kg, jak również czekolady w ilości 2.000 sztuk. Dostawa tych artykułów przeznaczona była na zaopatrzenie paczek świątecznych dla dzieci tyskich zakładów pracy”. Tymczasem, mimo iż paczki przygotowano za zgodą Urzędu Wojewódzkiego, a zamówienia znajdowały się w Gminnej Spółdzielni Tychy, „osoby kontrolujące poleciły kierowniczce placówki wydać cały towar do jednorazowej sprzedaży”. I w ten sposób „dzieci pracowników tyskich zakładów nie otrzymały paczek ze słodyczami, które stanowiły zawsze najmilszą niespodziankę na gwiazdkowych imprezach organizowanych przez tyskie zakłady pracy”.
Miliony paczek
Wydarzeniem w rodzinach były paczki na święta przesyłane przez krewnych z zagranicy. A po wprowadzeniu stanu wojennego, lawinowo można powiedzieć, ruszyła pomoc z zagranicy. Do Polski trafiały paczki z krajów zachodniej Europy, USA, Kanady, a nawet Australii. Przesyłano m.in. cukier, margarynę, mleko w proszku, proszek do prania, leki, papierosy. Jak się szacuje, iż w tym czasie do Polski trafiło od kilku lub nawet do trzydziestu milionów paczek! Najwięcej jednak było z Niemiec. Co prawda komunistyczna propaganda, której echa nadal pobrzmiewają, przez długie lata przekonywała, że Niemcy (oczywiście ci z RFN) to rewanżyści, czekający tylko na okazję, by odzyskać Wrocław czy Gdańsk, Polacy szybko przekonali się, że w tym kraju mieszkają tysiące ludzi dobrej woli.
Święta w PRL były skromne lub bardzo skromne, jak mówiono były to „święta spod lady”. Jednak mimo wszystko wielu starszych Polaków z pewną nostalgią wraca do tamtych czasów. Paradoksalnie – im bardziej władza starała się budować model państwa świeckiego, ograniczając wpływ kościoła i religii, tym bardziej polskie rodziny kultywowały wielopokoleniowe tradycje i zwyczaje, zwracając się wówczas ku temu, co stanowi istotę świąt – religijnego przeżywania Bożego Narodzenia.
Foto: Muzeum Miejskie w Tychach


Tym ministrem był żyd Hilary Minc,on znal sie na karpiach i kazal budowac w calej Polsce stawy.karpia jedli na wigilie żydzi,polacy jedli ryby typy sandacze szczupaki.
Ludzie ! Co wy młodzi wiecie o PRL. !!! Porozmawiajcie ze starszymi a nie czytajcie wypocin osób które nie mają pojęcia jak było !!!!
No ty jako stary komuch wiesz najlepiej. Pewnie nie musiałaś stać w kolejkach za kartkami, przywozili ci szybki i gorzołę. W tekście jest po prostu prawda, że komuna chciałą pozbawić ludzi świąt Bożego Narodzenia i zmienic je na Nowy Rok jak u Rusów.
Napisz co w tekscie jest klamstwem
Możliwość dodawania komentarzy nie jest dostępna.