Dzień, który odebrał nadzieję…

0
534

13 grudnia 1981 roku od rana nadawano w radiu i telewizji przemówienie gen. Wojciecha Jaruzelskiego: „Ogłaszam, że w dniu dzisiejszym ukonstytuowała się Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Rada Państwa, w zgodzie z postanowieniami Konstytucji, wprowadziła dziś o północy stan wojenny na obszarze całego kraju”.

Dla wielu osób były to wręcz złowieszcze słowa. Choć niektórzy spokojnie spali, wiele rodzin przeżywało dramatyczne chwile. Akcja internowania opozycjonistów i działaczy Solidarności o kryptonimie „Jodła” miała się rozpocząć o północy z 12 na 13 grudnia, ale w wielu przypadkach zaczęła się kilka godzin wcześniej. Tej nocy i w następnych dniach zatrzymano w Tychach działaczy Solidarności, w tym Międzyzakładowej Komisji Założycielskiej NSZZ Solidarność.

Każdy miał swój 13 grudnia

13 grudnia 1981 r inaczej przeżywali „przeciętni” Polacy, nieświadomi początkowo powagi sytuacji, inaczej tysiące internowanych, a inaczej zwolennicy władzy. Odmienne myśli i uczucia towarzyszyły żołnierzom. Rodzice tłumaczyli dzieciom co się stało, pierwsze godziny stanu wojennego ciężko przeżywały osoby starsze, samotne… To był dzień, który milionom Polaków odebrał nadzieję.

W mieście – spokojnie

W pierwszych godzinach stanu wojennego na ulicach Tychów było spokojnie. Sporo osób poszło do kościoła, a podczas spotkań, w rozmowach przewijał się tylko jeden temat. Jak wspomina jeden z ówczesnych pracowników Urzędu Miasta, który o godzinie 7 zjawił się rano w urzędzie, nie było nerwowej krzątaniny. Urząd był niemal pusty, nie dotarł do niego żaden teleks czy jakakolwiek informacja z Urzędu Wojewódzkiego.

– Dopiero o godzinie 9 przyjechał przedstawiciel UW w Katowicach, który przywiózł obwieszczenia o wprowadzeniu stanu wojennego – opowiada. – Trzeba je było dostarczyć do większych zakładów pracy i rozlepić na terenie miasta. Z zakładów pracy, w tym z kopalń, przyjechali kierowcy, ale po mieście musiałem je rozwieźć sam. Przykleiłem obwieszczenia na przystanku przy Urzędzie Miasta, przy AZ-ecie, na dworcu PKP, przy piekarni „Gigant”. O dziwo, nikt nie zerwał tych obwieszczeń, sporo ludzi się zatrzymywało i czytało. Pracownicy Wojskowej Komendy Uzupełnień w Tychach pojawili się w Urzędzie Miasta dopiero koło południa, ale też nie znali żadnych szczegółów. Jak się potem dowiedziałem, w sobotę, jeszcze przed godziną 24, na komendzie milicji zgromadzono patrole. O godz. 4 rano otwarto dostarczoną tutaj kopertę z rozkazami, informując, że tym razem to nie są ćwiczenia.

W siedzibie MKZ

Milicja i ZOMO dotarła wczesnym rankiem do siedziby Międzyzakładowej Komisji Założycielskiej NSZZ Solidarność. Jak opowiadała Kazimiera Głogowska-Gosz, działaczka Solidarności w ZEG-u i MKZ, w nocy z 12 na 13 grudnia do siedziby MKZ w Tychach wpadł oddział ZOMO. Kilka dni później wielu działaczy Solidarności i MKZ, jak np. Andrzej Służalec (współorganizator jednodniowego strajku w FSM) zostało zatrzymanych i skazanych przez władze komunistyczne. A. Służalec w więzieniach spędził prawie 3 lata. Został osadzony w ZK w Raciborzu, następnie Strzelcach Opolskich, Kłodzku i Świebodzinie.

Na stacji benzynowej

W Urzędzie Miasta do poniedziałku rana niewiele się działo, był tylko dyżurny w sekretariacie prezydenta Jerzego Świerada (późniejszego prezydenta Katowic).

– Wieczorem 13 grudnia pod urząd podjechał mieszkaniec Warszawy, który wraz z rodziną wracał z podróży i zabrakło mu benzyny. Stacje benzynowe miały już zakaz tankowania paliwa prywatnym osobom. Skontaktowałem się więc z dowódcą grupy operacyjnej na Tychy, jakimś majorem. Powiedział, żeby nie zawracać głowy i zatankować auto. Ale kierownik stacji chciał to na piśmie, więc odręcznie napisałem co i jak. Uszczęśliwiony warszawiak zatankował i wyściskał mnie serdecznie.

Poniedziałek, dzień po…

Od rana 14 grudnia komunikacja działała, pieczywo i zaopatrzenie dotarło do sklepów.

– O godz. 7 przed budynkiem UM zgromadzili się mieszkańcy. Powiedziałem portierowi, że ma wpuścić ludzi na parter, żeby nie marzli. Był tłok… Mieszkańcy przyszli załatwiać różne sprawy w wydziale stanu cywilnego, w wydziale finansowym, do biura dowodów osobistych, wydziału komunikacji. Wiele osób przypomniało sobie o tym, że ma nieważny dowód osobisty, że nie zarejestrowali urodzonych dzieci. Pierwszeństwo jednak zgłaszający zgony. Z holu do poszczególnych wydziałów kierowaliśmy po kilka osób, żeby szybciej ubywało interesantów i żeby do holu kolejni mogli wejść.

Po wprowadzeniu stanu wojennego wyłączono telefony i ocenzurowano korespondencję. Ponadto wstrzymane zostało wydawanie prasy poza „Trybuną Ludu” i „Żołnierzem wolności”. Władze ograniczyły swobodę przemieszczania się poprzez wprowadzenie godziny milicyjnej. która trwała od godziny 19 do 6, a w późniejszym okresie od 22 do 6. Nie można było poruszać się po ulicach i opuszczać miasta bez specjalnej przepustki. Na skrzyżowaniach stało wojsko, czasami patrole milicji.

– W UM uruchomiliśmy biuro przepustek. Zgodnie z zarządzeniem o stanie wojennym, jeśli ktoś wyjeżdżał poza miasto musiał mieć przepustkę wystawioną przez UM. Nie było jednak wzoru takiej przepustki, więc sam ją wymyśliłem. Na przepustce trzeba było wpisać w jakim celu ktoś udaje się poza miasto. Przeważnie wpisywano: „odwiedzić rodzinę lub chorych krewnych”, albo „uzupełnić zapasy na zimę”. Dopiero w styczniu pojawiły się wnioski z wpisem: „wyjazd na narty”.

Internaty na szpitale?

Ale 14 grudnia zaczęły wybuchać strajki. Tego dnia stanęła Fabryka Samochodów Małolitrażowych, ale tylko na jeden dzień. Tego samego dnia w kopalni „Piast” rozpoczął się najdłuższy w stanie wojennym strajk. Przez dwa tygodnie, od 14 do 28 grudnia strajkowało tysiąc górników na głębokości 650 metrów… Z kolei górnicy z KWK „Ziemowit” protestowali pod ziemią od 15 do 24 grudnia. W Tychach także dało się odczuć powagę sytuacji, ale niewiele osób wiedziało, że w trzech szkolnych internatach – w Browarniku, Technikum Budowlanym i Szkole Specjalnej przygotowano sale z łóżkami na wypadek, gdyby podczas strajków na „Piaście” i „Ziemowicie” doszło do jakiegoś nieszczęścia.

Na Piaście…

Tyszanin Janusz Pioskowik, pracownik KWK „Piast” 14 grudnia zjechał z trzecią zmianą „Chyba większość załogi udając się do pracy niczego dobrego nie oczekiwała” – zanotował w swoim pamiętniku, który prowadził na dole. „Pierwsza zmiana zjechała z niewielkim opóźnieniem, spowodowanym próbą wszczęcia protestu przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego(…) Praca przebiegała bez zakłóceń i dopiero przed samym wyjazdem na podszybiu poziomu 650, któryś z pracowników PRG starał się przekonać załogę, by została na dole. To wystąpienie spowodowało, że spora grupa nie wyjechała i zainicjowała na dole protest. (…) Nie miałem wątpliwości czy zostać, czy wyjechać. Może dlatego, że byłem młody, miałem za sobą sześć lat pracy i że nie chciałem postępować inaczej niż moi koledzy. Ale z drugiej strony w domu została żona, trzyletni syn i córka, która skończyła półtora roku… 10 dnia strajku zablokowano wszystko”.

– Mieliśmy pod dostatkiem smalcu i cebuli, gorzej było z chlebem. W mojej grupie było około 20 osób – opowiadał kilka lat temu. – Wcześniej mieliśmy dwa bochenki chleba na dzień, teraz – pół. Wodę czerpaliśmy z rurociągów przeciwpożarowych. Nie jest wprawdzie zdatna do picia, ale kto na to zważał? Najsmutniejszym dniem była wigilia…

28 grudnia zadecydowano o wyjeździe na powierzchnię. Negocjacje nie przynosiły efektu. Rozmowy w sali konferencyjnej w dyrekcji były nagrywane i odtwarzane na dole, a potem wszyscy strajkujący podejmowali decyzję co dalej. Problem jednak w tym, że nagrywania były manipulowane – jedne fragmenty nagrywano, inne nie. Do końca wytrwało prawie 900 osób.

Po strajku część górników została zatrzymana. Zostali osądzeni, uniewinnieni, ale zaraz potem internowani. Janusz Pioskowik został zwolniony z pracy za „ostre naruszenie przepisów stanu wojennego”.

… i na Ziemowicie

15 grudnia rozpoczął się strajk na kopalni „Ziemowit”.

– Z II i III zmiany mieliśmy pod ziemią 2.028 osób, które zdecydowały się nie wyjeżdżać – wspominał potem dyrektor kopalni Antoni Piszczek. – Strajkujący weszli się do komory z materiałem wybuchowym. Pobrali go, a część dali górnikom z Piasta, którzy przyszli po materiał. Niektóre ładunki umieszczono w newralgicznych punktach na dole. Gdyby doszło do interwencji, użycia siły, nie wykluczone, że górnicy odpaliliby ładunki grzebiąc wszystko i siebie także.

Przedstawiciele Wojska przyjechali na KWK „Ziemowit” 18 grudnia, kiedy wszyscy wiedzieli już o pacyfikacji kopalni Wujek. Wspominał dyrektor A. Piszczek:

– Zjawił się pułkownik i powiedział: „Nazywam się Piotr Gębka i jestem tym, który po linii wojskowej prowadził akcję na Wujku. Przyjechałam tutaj zrobić to samo”. Włosy mi się zjeżyły… – A kogo pan chce atakować? – spytałem. – Te płaczące kobiety w cechowni, te modlące się osoby? Ci, co strajkują są tu pół kilometra pod ziemią. Ta kopalnia jest nieczynna. W końcu pożegnał się i odjechał.

Dwa dni później do Ziemowita przyjechało ok. 20 wozów bojowych z jednostki z Opola. Dowodzący nimi major dał dyrektorowi Piszczkowi upoważnienia i rozkazy, że pacyfikuje kopalnię.

– Dowódca grupy, major Zuterek stwierdził, że jest stan wojenny i on musi wykonać rozkaz – kontynuuje dyrektor. – Zażądał wydania planu kopalni. I wtedy do akcji wkroczył pułkownik Jerzy Szewełło. Oficer, który przyjechał był niższy stopniem i pułkownik to wykorzystał. Doszło do bardzo ostrej wymiany zdań, w trakcie której grożono płk. Szewełle sądem polowym i karą śmierci. „Rozstrzelajcie mnie, ale nie zajmujcie kopalni siłą” – powiedział, dodając, że strajk jest wygaszany i potrzeba tylko czasu. Dano nam 12 godzin, a później, między innymi dzięki staraniom biskupa Herberta Bednorza, przedłużano ultimatum o kolejne dni.

Ta gra na zwłokę trwała jeszcze kilka dni, strajk zakończył się w wigilię i górnicy wrócili do domu. Inna sprawa, ze potem wielu z nich było przesłuchiwanych, a część trafiła do więzienia.

Trudno powiedzieć, ile w Tychach zostało zatrzymanych i internowanych. Wielu z nich straciło pracę, zostało zmuszonych do emigracji lub spotkały ich różne szykany.

Wigilia

Wróćmy do Urzędu Miasta. 24 grudnia około godz. 12 do Urzędu Stanu Cywilnego zgłosiła się rodzina, że nie przyjechał pan młody z rodziną, a tego dnia miał być ślub.

– Pytali co mają zrobić – kontynuuje były pracownik UM w Tychach. – Telefony nie działały i nie było z nimi żadnego kontaktu. Przygotowaliśmy akt zawarcia związku małżeńskiego, wypisując wszystkie potrzebne dane. Powiedziałem im, że kiedy dojedzie rodzina, mają się z nami skontaktować i udzielimy ślubu w święta. Jak się okazało, rodzina dotarła do Tychów w Wigilię po 17 i w pierwsze święto, o godz. 10, wszyscy zjawili się w urzędzie. Z tymi ślubami to bywały różne historie. Na któryś z kolejnych ślubów zjawili się goście i świadkowie, którzy mieli w klapach marynarek wpięty znaczek Solidarności. Tymczasem dekret o stanie wojennym zabraniał eksponowania tego znaczka. Z kolei na inny ślub przyszli nowożeńcy i świadkowie w samych koszulkach z napisem Solidarność. To była wyjątkowa sytuacja, bo nie często się zdarza ślub trykotkach, na dodatek łamiący dekret o stanie wojennym. Jak w tej sytuacji miał się zachować urzędnik? Stali przede mną i patrzyli. Przyjąłem zasadę – „nie widziałem, nie słyszałem”. Bo przecież nie będę ludziom psuł wesela…

*     *     *

Wprowadzony 13 grudnia 1981 r. stan wojenny w Polsce został zawieszony 31 grudnia 1982 roku, a zniesiono go 22 lipca 1983 r. Jak podaje Wojciech Polak w artykule „Internowania w nocy z 12 na 13 grudnia 1981”, w sumie do 14 grudnia 1981 r. z przewidzianych do internowania 4.318 osób, zatrzymano 3.392. Do 26 lutego 1982 r. internowano 6.647 osób, z których 26 lutego 1982 r. w obozach internowania przebywało 4.095 osób. Ogółem w okresie stanu wojennego internowano 9.736 osób. Utworzono 5.223 obozy internowania, najczęściej w wydzielonych blokach więziennych, czasem w budynkach na terenach wojskowych.

W 2006 Instytut Pamięci Narodowej oszacował, liczbę ofiar śmiertelnych stanu wojennego w okresie 13.12.1981 do 22.07.1983 na 56 osób. Z kolei Nadzwyczajna Komisja Sejmowa do zbadania działalności MSW ustaliła, że na skutek działań funkcjonariuszy MSW, od wprowadzenia stanu wojennego do 1989, udokumentowanych zostało 91 przypadków zgonów.

Zdjęcie: ARC