Nasze dziedzictwo (2). Ostatni łan ziemi…

0
438

21 listopada zamieściliśmy pierwszą część historii rodziny pana Witolda, którą jak kilkadziesiąt innych, spotkał ten sam los – została wywłaszczona z ziemi i innych nieruchomości, nie otrzymując stosownego wynagrodzenia. Rodzina gospodarowała na 13 hektarach, a wybudowany w 1906 roku dom z czerwonej cegły, podobnie jak zabudowania gospodarskie znajdowały się przy obecnej ulicy Sienkiewicza. Oto dokończnie tej histori…

Zbójeckie prawo

– Kiedy ruszyła budowa miasta moi rodzice mieli czworo małych dzieci – mój brat urodził się w 1950 roku, a ja z siostrą – bliźnięta – w 1953 roku, a siostra w 1958 r – opowiada pan Witold. – Dwa lata później rodzice otrzymali pismo, że zostają wywłaszczeni. Nie było żadnych negocjacji, ustalania ceny. Po prostu decyzja i koniec. Poprzednio mówiłem, w jaki sposób wywłaszczano mojego dziadka w Łaziskach Górnych, o wycenach biegłych z dwóch stron, sporach ze przedstawicielami Zarządu Dóbr Książęcych księcia von Pless. Wywłaszczenie może mieć po prostu ludzką twarz, a nie opierać na zbójeckim prawie, jak to było w 1955 roku i później. W ogóle wywłaszczenia i nacjonalizacje, jakie następowały po 1945 roku były po prostu niespotykane – właścicielom nie płacono nic, albo grosze. Kiedy ostatecznie w 1955 roku zabrano nam 10 hektarów, stodołę i część sadu, ojciec dostał tyle pieniędzy, że mógł za nie kupić… konia pociągowego!

Musiał wziąć… grosze

– I ojciec tych pieniędzy nie chciał wziąć, bo kiedy się to zestawiło z kwotą, za jaką nasz dziadek kupił ziemię w Tychach, po prostu serce się krajało. Do tego, by nie brać pieniędzy namawiał ojca jego brat. „Nie bierz zapłaty, bo może władza się kiedyś zmieni i wtedy będziesz w innej sytuacji. Jeśli weźmiesz pieniądze, to znaczy, że się zgodziłeś i kwita, ale jeśli nie, to nie będzie to sprzedaż. Ty się nie zgodziłeś, a oni ci ziemię po prostu zabrali”. Ale władza wzięła się na sposób. „Nie proszę pana – usłyszał ojciec, kiedy poszedł do urzędu. Pan musi wziąć te pieniądze, to pana obowiązek”. Ojciec próbował jeszcze te pieniądze przekazać na SFOS, czyli Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy, jako taki patriotyczny gest. Ale i na to władza się nie zgodziła. Zabronili przekazywania na cokolwiek, musiał wziąć pieniądze. No i w końcu wziął. Zabranie ziemi i stodoły to był początek końca naszego gospodarstwa. Nie można gospodarować bez stodoły, bo to tak, jakby w fabryce zlikwidowano magazyny. Zboże, siano, słomę ojciec trzymał w różnych pomieszczeniach – chlewach i w brogu, gdzie jednak po deszczach wszystko niszczało.

Zostały 3 hektary

Gospodarstwo rodziny pana Witolda zmniejszyło się do 3 hektarów, które położone były przy Żwakowie, za budującym się wykopem kolejowym. Dom i zabudowania gospodarskie szybko zostały „okrążone” budującym się osiedlem B.

– Miałem 4 czy 5 lat, kiedy zacząłem jeździć z ojcem do pola za powstajacym w tym czasie wykopem kolejowym – kontynuuje pan Witold. – Nie było to łatwe, bo przejeżdżaliśmy niemal codziennie przez gigantyczny plac budowy, co wiązało się z olbrzymimi utrudnieniami. Raz był zamknięty jeden fragment drogi, raz inny. Pierwszy wiadukt nad wykopem wybudowano nie na alei Bielskiej, ale na ul. Grota Roweckiego, który teraz jest remontowany. Jechaliśmy zatem najpierw ul. Biblioteczną, potem Budowlanych, al. Bielską do budującej się ul. Cyganerii, a stamtąd do będącej także w budowie ul. Dzierżyńskiego, czyli obecną ul. Grota Roweckiego i przez wspomniany wiadukt. A potem polną drogą – jakby prawym pasem obecnej al. Jana Pawła II – do al. Bielskiej i przed wykopem kolejowych była polna drogą, którą dojeżdżało się do naszego pola.

Mandaty

– Na al. Bielskiej nie był jeszcze ukończony wiadukt (brakowało wylewki asfaltu), więc poustawiano na nim zapory. Nawierzchnia drogi była już jednak utwardzona, więc dla niewiele ważącej furmanki – przejezdna. Bywało, że wracając z pola, ojciec rozsuwał te zapory i powoli przejeżdżaliśmy. Ale czasami wypatrzył nas milicjant. Ojciec tłumaczył, że wracamy późno z pola, że jest duży objazd, bo trzeba sporo nadłożyć nierównymi drogami. Czasami trafiło się na porządnego milicjanta, który tylko machnął ręką. Ale bywali też inni i wlepiali mandat. Ojciec był trochę aktorem, potrafił z kamienną twarzą wmówić coś komuś, a ten przyjmował to za dobra monetę. Pamiętam, że kiedyś jadąc „skrótem” zobaczyliśmy milicjanta, który już szedł w naszym kierunku. Ojciec zeskoczył z wozu i pobiegł do niego, krzycząc, że tam a tam pijany kierowca spowodował wypadek. I od razu tam milicjanci popędzili, a my w tym czasie szybko pojechaliśmy do domu. Mandat można też było zarobić, kiedy nie oświetliło się furmanki. A my często wracaliśmy z sianem lub ze zbożem i jak tu powiesić na wozie lampę naftową, która i tak co chwila gasła? Przecież wystarczyła jedna nierówność w drodze i wóz zamieniłby się w gigantyczna pochodnię. Ale milicjanci nie dawali się przekonać…

Dwa światy

Na życiu mieszkańców Tychów w latach 50. i późniejszych odcisnęło swoje piętno zderzenie dwóch światów. Ludzi, który tu mieszkali od pokoleń i przybyszów z różnych regionów kraju.

– Byli to młodzi ludzie, głównie mężczyźni. Mieszkali w miasteczku barakowym lub hotelach robotniczych. Najgorsze były wieczory i noce. Awantury były w zasadzie codziennością, podobnie, jak wrzaski i śpiewy. Z tego czasu zapamiętałem, że nasz pies szczekał przez całą noc, właściwie bez przerwy. Jako dzieci nie mogliśmy spać, płakaliśmy często. Dorośli zresztą też nie spali… Nikt nad tym nie panował, milicja rzadko się wtrącała. Na dodatek popadliśmy w biedę – ziemi znacznie ubyło, zbiory były często mizerne, bo przez ekspansję budowlaną sporo zniszczyło się lub przez to, że nie było gdzie ich przechować.

Pseudodzierżawa

Warto wspomnieć o epizodzie związanym nie z wywłaszczeniem, a z dzierżawą. Miejski Handel Detaliczny był przedsiębiorstwem prowadzącym w PRL-u sieć sklepów. W 1958 roku MHD wydzierżawił od ojca pana Witolda budynek gospodarczy na magazyn towaru. Jak się jednak okazało, z prawdziwą dzierżawą nie miało to nic wspólnego.

– Ojciec otrzymał pismo, w którym widniały trzy daty. Pierwsza ustalała termin oględzin naszego budynku gospodarczego, druga termin opuszczenia przez nas budynku, a trzecia termin rozpoczęcia dzierżawy. Warunki dzierżawy były jednak jednostronne, bo MHD ustalił sam powyższe terminy i kwotę dzierżawnego. Pomimo, że trzy lata wcześniej pozbawieni zostaliśmy stodoły, to teraz kolejny budynek gospodarczy przestał być w naszym użytkowaniu. Początkowo rodzice łudzili się, że z tytułu dzierżawnego będą mieli trochę stałego grosza, jednak jak się okazało, nie dostawali pieniędzy do ręki, tylko wpływały na konto bankowe, do którego bez zgody MHD nie mieliśmy dostępu! Co ciekawe, nie były to „zgody”, ale polecenia. Na przykład polecono ojcu pobrać pieniądze np. na montaż krat w drzwiach i oknach budynku. Potem były regularne polecenia wypłaty środków z konta na modernizację oświetlenia, remont dachu i jakieś inne naprawy. Do własnej konsumpcji z tytułu dzierżawy własnego budynku nie dostaliśmy ani grosza. Dodatkowym utrapieniem były ciągłe wizyty samochodów ciężarowych na naszym podwórku z towarem do magazynu i po towar. Najgorzej bywało podczas wiosennych roztopów, gdy nasze podwórko pod kołami samochodów zamieniało się w bajoro. Dzierżawca nie zwracał na to uwagi, a mój ojciec chcąc jako tako funkcjonować, to własnym sumptem każdej wiosny jeździł furmanką konną do Wyr po tzw. hasie, by swoimi siłami doprowadzić podwórko do właściwego stanu. Taka to była forma „dzierżawy made in PRL”, która trwała aż do 1970 roku.

Zamknąłem dom. Koniec historii

Następne wywłaszczenie nastąpiło w 1966 roku. Kiedy dzisiaj idzie się z poczty przy ul. Batorego w stronę ul. Sienkiewicza, po drodze z lewej strony mija się stojący poprzecznie blok.

– Tu był nasz ogród, a ten blok to była siedziba ówczesnego ZRB. Miałem już wtedy 13 lat, więc dobrze pamiętam ten majowy dzień i reakcję sąsiadów, kiedy nas wywłaszczali. To był czas, kiedy kwitły jabłonie, wiśnie, czereśnie. Sad był przepiękny, a tymczasem z rana wjechały buldożery i koparki i zaczęto wszystko niszczyć. Ludzie byli oburzeni, żal było patrzeć… Przyszedł rok 1972 i wzięli nam te ostatnie 3 hektary za torami. Zapłacili już lepiej, choć nie adekwatnie do wartości ziemi. Ostatni etap wywłaszczenia nastąpił w grudniu 1976 rok, kiedy zabrano nam to, co jeszcze zostało, czyli dom rodzinny. Nie spędziliśmy już wigilii i świąt w ostatnim roku bytowania w Tychach, bo wcześniej trzeba było dom opuścić, a mnie 29 grudnia 1976 roku przypadł obowiązek zdania kluczy dyrekcji ZRB. Wyszedłem przed dom i spojrzałem na niego po raz ostatni. Kiedy zamykałem drzwi miałem wrażenie, jakbym tracił coś cennego na zawsze. Dla mnie kończyła się pewna epoka i stanąłem u progu niepewności, bo nie bardzo wiedziałem co dalej, co przyniosą kolejne lata.

Jak mówi pan Witold, to ostatnie wywłaszczenie było już w miarę przyzwoite, choć wycena i tak była jednostronna – cenę ustaliło państwo, a jego ojciec nie mógł mieć swojego rzeczoznawcy.

– Mój brat jako absolwent technikum ogrodniczego pracował w tyskim Kombinacie Ogrodniczym i już od kilku lat uprawiał warzywa na skrawku pola w środku zboża, żeby nie było widać i tego nam nie rozkradli. Chciał założyć ogrodnictwo, ale w Tychach nie było szans. Razem z rodziną na produkcji warzyw trochę się dorobił i mógł myśleć o własnym ogrodnictwie, ale nie w Tychach. Jako odszkodowanie za dom rodzice dostali mieszkanie, ale wraz z bratem i siostrami wyprowadzili się do Ustronia. Tu kupili hektar ziemi z dokładką 0,5 hektara lasu, wybudowali od podstaw ogrodnictwo i dom. A ja zostałem w tym mieszkaniu w Tychach.

Na zdjęciu  – budowa wiaduktu na al. Bielskiej. Z prawej strony widać linię domów, gdzie obecnie biegnie ul. Hierowskiego, a dawniej była to granica między Tychami a Żwakowem.

Muzeum Miejskie w Tychach

 

Dodaj swój komentarz!

avatar