Rozmawiamy z Wojciechem Wikarkiem, jednym z najbardziej utytułowanych twórców kina niezależnego, autorem filmu „Kryptonim Obiekt, czyli cud nad Rawą”.
Kolejny film Wojciecha Wikarka „Kryptonim Obiekt, czyli cud nad Rawą” opowiada o jedynym w historii hokeja zwycięstwie Polski nad Związkiem Radzieckim, podczas mistrzostw świata w Katowicach, w 1976 r. Dla jednych film ten jest okazją do wspomnień, dla innych – do poznania atmosfery i kulis tamtej imprezy, jej bohaterów oraz ich opinii o tym wydarzeniu. To niezwykle ciekawy, chwilami wzruszający dokument o ludziach, którzy przeszli do historii polskiego sportu. O filmie – i nie tylko – rozmawiamy z jego twórcą, tyszaninem Wojciechem Wikarkiem.
„Twoje Tychy”: – Który to już pana film o hokeju?
Wojciech Wikarek: – Czwarty. Pierwszy był film pt. „Gdyby nie to, że tak ślisko” z 1987 roku. Tytuł ten to cytat z popularnej piosenki zespołu Skaldowie, a powstała ona właśnie z myślą o mistrzostwach świata w 1976 roku i zresztą została wykonana przez Skaldów podczas imprezy. Film opowiada o sytuacji w polskim hokeju, a głównym jego bohaterem był nieżyjący już trener Werner Lindner. W 2011 roku nakręciłem też film o tyskich Atomówkach, kiedy trzeci raz z rzędu zdobyły mistrzostwo Polski, a reprezentacja kobiet po raz pierwszy wzięła udział w mistrzostwach świata. I jest jeszcze film „Czwarta tercja” o Pawle Łukaszce, który przerwał karierę sportową i został księdzem. Znamy się od lat, bo bronił w czasie, kiedy i ja grałem.
Był pan zawodnikiem klubu, którego już nie ma – Baildonu Katowice.
– Jako młody chłopak trafiłem do Baildonu i grałem jako bramkarz w zespołach juniorskich aż do wieku 19 lat, czyli mniej więcej 10 lat. Potem trzeba było jednak pomyśleć o pracy, więc zrezygnowałem z gry. Hokej jednak pozostał moją ulubioną dyscypliną.
Od kiedy pan myślał o zrobieniu filmu o cudzie nad Rawą, czyli o zwycięstwie Polski z ZSRR?
– Od dawna. To było dla mnie jedno z najwspanialszych sportowych przeżyć. Obejrzałem na mistrzostwach wszystkie mecze Polaków i niektóre inne spotkania. Część hokeistów występujących na tej imprezie znałem, to byli idole mojej młodości. Dlatego, kiedy zdecydowałem się nakręcić film, wiedziałem z kim rozmawiać, do kogo jechać i kogo prosić o pomoc. Chciałem uchwycić przede wszystkim atmosferę katowickich mistrzostw, dramaturgię, jaka im towarzyszyła, bo przecież byliśmy blisko zdobycia medalu, oraz opowiedzieć o różnych wydarzeniach towarzyszących imprezie. To kolejny film, który zrobiłem we współpracy z Telewizją Katowice. Dzięki temu miałem dostęp do materiałów archiwalnych.
A jak to się stało, że uczył pan jazdy na łyżwach ówczesną gwiazdę estrady Urszulę Sipińską.
– Brzmi to jak anegdota, ale to prawda. Moi rodzice pracowali w Telewizji Katowice i wszyscy wiedzieli, że Wikarki mają syna Wojtka, który gra w hokeja. A telewizja była organizatorem programu rozrywkowego, który zaprezentowano widzom w czasie mistrzostw, podczas dnia wolnego. Wzięło w nim udział kilka gwiazd, w tym Urszula Sipińska. Problem w tym, że cały program miał się odbywać na lodzie, a ona… nie umiała jeździć. Nie szukano więc daleko i telewizja mnie „obarczyła” zaszczytem nauczenia piosenkarki jeździć. Wynajęto lodowisko w Oświęcimiu i tam przez dwa dni po trzy godziny uczyłem jeździć panią Urszulę. I udało mi się, bo w czasie występu poradziła sobie bardzo dobrze. Z tym związana jest kolejna anegdota, bo nasi czołowi hokeiści – Henryk Gruth, Karol Żurek, Henryk Pytel i Ryszard Nowiński towarzyszyli jej na lodowisku podczas występu. Jak opowiadał Heniu Gruth, nie było to takie łatwe, bo uszyto im garnitury na miarę i każdy nieostrożny ruch, nie mówiąc o upadku podczas występu, mógł rozerwać delikatne szewki spodni…
Był hokej, praca na kopalni „Piast”, a dopiero potem film.
– Poszedłem do górnictwa z przyczyn, że tak powiem ekonomiczno-mieszkaniowych i na „Piaście” przepracowałem 35 lat w dziale mierniczym. Równocześnie jednak, z racji tego, że jestem technikiem fotografii, robiłem zdjęcia, dokumentując życie na kopalni – na dole i na powierzchni. Kiedy pojawił się sprzęt VHS, wszyscy zaczęli kręcić, a kopalnie i zakłady pracy chciały mieć filmy na własny użytek. Dyrekcja kupiła sprzęt i zrobiliśmy godzinny film o tym, jak kopalnia świetnie fedruje. Potem śmialiśmy się, że był to film o godzinę za długi…
Jak to się stało, że nie został pan… muzykiem?
– (śmiech): Wiem o czym pan mówi. Moi rodzice byli muzykami, tata był pianistą, kompozytorem, dyrygentem, pracował z czołowymi polskim orkiestrami, w moim domu zawsze było pełno muzyki, przewijali się ludzie związani z polską estradą. No więc któregoś dnia poszedłem do cioci na lekcję gry na fortepianie. Ale po trzech lekcjach oznajmiłem, że nie mogę więcej przychodzić, bo w tym czasie mam trening… Jednak coś mi pozostało, bo muzyka, dźwięk jest zauważalna w moich filmach, odgrywa dużą rolę, dopełnia całości.
Nakręcił pan 21 filmów, które zdobyły 175 nagród. O wszystkich nie porozmawiamy, ale był film o pańskim ojcu, dyrektorze Orkiestry Polskiego Radia i Telewizji w Katowicach pt. „Irek” i film „Najdłuższa szychta” z narratorem Janem Peszkiem.
– Ten pierwszy jest bardzo osobisty, bo starałem się pokazać ojca takim, jakim go zapamiętałem i jak zapamiętali go inni. Z kolei drugi, o strajku na kopalni „Piast”, to efekt moich przeżyć, bo uczestniczyłem w tamtych wydarzeniach. Patrząc z perspektywy czasu, te filmy mają wyjątkowe znaczenie – 12 osób, które wystąpiły w filmie „Irek” już z nami nie ma, podobnie jest ze świadkami wydarzeń na „Piaście”. Nie ma już przywódców strajku, wielu osób, którzy go organizowali, nie ma ówczesnego dyrektora… Z czasem te filmy stały się dokumentami z prawdziwego zdarzenia i cieszę się, że udało mi się to zarejestrować. To samo z filmem „Hanys”. Trzej wybitni kolarze, którzy w nim wystąpili – Hanusik, Szurkowski i Gazda – już odeszli.
Odbyły się dwie premiery filmu „Kryptonim Obiekt, czyli cud nad Rawą” – w Katowicach i w Tychach. Była to kolejna okazja, by spotkać się z bohaterami filmu, ale i kibicami.
– Atmosfera tych spotkań była fantastyczna i myślę, że film się spodobał, zresztą mam już pierwsze opinie i wszystkie są pozytywne. Na premierze w Katowicach byli wszyscy hokeiści, którzy mogli przyjechać. Nie było Stefana Chowańca ze względów zdrowotnych i Józefa Stefaniaka z Łodzi, który zarezerwował nawet pokój w hotelu, ale miał wypadek samochodowy. Na szczęście nic mu się nie stało… Większość była obecna – Ziętara, Jaskierski, Gruth, Marcińczak, trener Mruk, który wtedy był trenerem bramkarzy, Jobczyk, Zabawa, Jajszczok i inni.
A jakie plany na najbliższą przyszłość? Pojawił się już jakiś temat na kolejny film?
– Nie, jeszcze szukam, zastanawiam się…. Może trzeba byłoby coś zmienić? Im jestem starszy, tym robię dłuższe filmy. Kiedyś moim rozpoznawalnym znakiem był film krótki, szybki, z wesołą puentą. Trudno porywać się na fabułę, skoro moja ekipa jest… jednoosobowa, czasami tylko proszę przyjaciół o pomoc, bo bywa, że trzeba się narobić, by sprzęt gdzieś wnieść, ustawić, itd. Po dwóch premierach „Cudu nad Rawą” chcę trochę odpocząć. A pomysł może pojawić się w każdej chwili… Poszedłem kiedyś do Tyskiej Galerii Sportu i zobaczyłem zdjęcie Zygmunta Hanusika. Dopiero wtedy skojarzyłem, że przecież mieszka w Tychach. Zdobyłem numer telefonu, zadzwoniłem i tak się zaczęło. No więc na razie odpoczywam. Jestem w tej dobrej sytuacji, że… nic nie muszę.
Rozmawiał: Leszek Sobieraj

