O pandemicznej rzeczywistości Teatru Małego w Tychach rozmawiamy z jego dyrektorem, Pawłem Drzewieckim.
Kiedy pisał Pan założenia programowe, po objęciu stanowiska dyrektora Teatru Małego, mocno podkreślałeś, jak ważne jest spotkanie widza z teatrem i stworzenie wspólnego dialogu. Niespełna pół roku później nastąpił ciężki lockdown, zamknięto instytucje kultury oraz zakazano spotkań w większych grupach. Czy udało się cokolwiek z założeń zrealizować?
Oczywiście jest to trudny czas dla nas wszystkich, nie tylko dla kultury, ale daleki jestem od utyskiwania nad dola swoją i Teatru Małego. Nasz zespół bardzo dużo się nauczył w tym czasie. Założenia programowe staramy się realizować takimi kanałami komunikacyjnymi, jakie mamy. Co warto podkreślić udało nam się utrzymać skład zespołu sprzed pandemii. To w dużej mierze dzięki przychylności władz tego miasta. Sami zaś własnymi siłami produkujemy wszystkie treści, które publikujemy. To, że pandemia zamknęła nam teatr jako budynek, nie oznacza, że straciliśmy kontakt z widzem. Co się tyczy spotkań, na które położyłem nacisk, to budowaliśmy i dalej budujemy płaszczyznę pod dialog na linii teatr-widz. Po pierwsze ofertą, po drugie właśnie spotkaniami z twórcami, którzy u nas gościli przy okazji realizowanych premier. W naszym założeniu rola teatru daleko wykracza poza zaprezentowanie spektaklu. Chcielibyśmy, aby widz mógł być z przedstawieniem dłużej, niż samo jego trwanie. Aby tę wizję zrealizować potrzebujemy metody, którą cały czas tworzymy. Pomimo pandemii to się dzieje. Oczywiście trudno nie zauważyć, że zmieniły się narzędzia naszej pracy, ale w moim poczuciu dialog, o którym mówimy, trwa. Faktycznie prowadzimy go częściej z internautami niż z żywą publicznością, ale tego kolokwialnie mówiąc, póki co, nie przeskoczymy.
Czy to jeszcze jest teatr? Przecież jego nieodłącznym elementem jest żywa publiczność i jej wymiana energii ze sceną?
Absolutnie zgadzam się z tym, że teatr dzieje się tu i teraz. Gra się jednak tak dobrze, jak na to pozwalają okoliczności. Te aktualnie pozwalają na streaming. Na przykład w ramach ostatniego LOGOS FEST wyprodukowaliśmy koncert live Olgi Bończyk. Nie widzieliśmy naszego widza, nie czuliśmy go. I to jest ogromy brak. Jednak ten widz tam jest i aktualnie najważniejsze jest to, żeby to on widział nas i czuł. Jedyne co możemy zrobić, to wybierać takie formuły, które nie wypaczają teatru poprzez streaming. Taką formułą jest choćby słuchowisko teatralne, które wróciło do łask. To teatr wyobrazi angażujący tylko zmysł słuchu. Przez ostatnie miesiące zaczęliśmy się w tej formie specjalizować. Ma również wpływ na to fakt, że rozpocząłem pracę w Teatrze Polskiego Radia, dzięki czemu pojawiły się w naszych słuchowiskach ciekawe osobowości związane z tym nurtem.
Z drugiej strony staramy się, aby nasze produkcje teatralne były artystycznie wiarygodne. Zarówno „Iluzje” jak i „Śluby panieńskie” zrealizowaliśmy w formie spotkania na Zoom’ie (Zoom – jedna z popularniejszych aplikacji do konferencji w Sieci – przyp.red.). To dotyczy nas wszystkich. Cały świat przeniósł się do internetu. Pracujemy zdalnie, uczymy się zdalnie i zdalnie się spotykamy. Dlatego taka formuła, jest aktualnie dla odbiorcy wiarygodna. Jest taka tradycja, że „Iluzje” zawsze były inscenizowane w przestrzeni medialnej, czy to w studiu telewizyjnym, czy na antenie radiowej. A sztuka ta przecież porusza fundamentalne tematy dla relacji międzyludzkich. Wyrypajew (autor sztuki – przyp. red.) pokazywał w ten sposób, że chciałby, aby dyskurs medialny poruszał ważne, często filozoficzne tematy. Stąd chęć przeniesienia tych treści na Zooma. Granie konwencjonalnych spektakli do kamery jest trudne dla wszystkich. Oczywiście udało się kilka takich realizacji w Polsce, choćby w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Ale to już zahacza o gatunek jakim jest teatr telewizji.
„Śluby panieńskie” aktualnie mają 2,7 tysiąca wyświetleń na YouTubie, „Iluzje” po roku od premiery zobaczyło 2,6 tys. Można zatem uznać, że ostatnia premiera to pełny sukces?
Nie oszukujmy się, treści w internecie zawsze było horrendalnie dużo, a teraz jest ich jeszcze więcej. Sala teatru liczy 426 miejsc. Gdy wypełniamy ją po brzegi, to jest sukces. Parę tysięcy widzów w skali internetu nie jest oszałamiającym wynikiem. Sukcesu, o który pytasz, upatrywałbym raczej w tym, że „Śluby panieńskie” są laureatami konkursu grantowego Cyfrowej Polski i YouTube Polska wspieranych przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego oraz Narodowe Centrum Kultury. Znaleźliśmy się w gronie 8 najlepszych produkcji pisanych do Sieci w Polsce, a następnie prezentowani byliśmy w ramach Festiwalu Teatru Online obok takich nazwisk jak Janda czy Stuhr. I to jest największa dla nas wartość. Pojawiliśmy się na ogólnopolskim konkursie teatralnym i wróciliśmy z nagrodą, której wartość pokryła potrzeby produkcji blisko w 100%.
Będą kolejne produkcje Teatru Małego w tej formule?
Jako reżyserowi zależy mi na tym, aby tworzyć spektakle formalnie i artystycznie różne. Myślę, że udało się to przy dwóch poprzednich produkcjach, jednak nieprędko sięgnę po „teatr zoomowy”. Podczas produkcji śmialiśmy się, że tworzymy nowy gatunek teatralny. Jednak mam poczucie, że zrobiliśmy już to, co sobie założyliśmy i trzeba iść dalej.
Kim jest widz Teatru Małego w Tychach? Osobiście mam wyobrażenie poważnego, dojrzałego wiekiem odbiorcy, który gmach teatru odwiedza, aby obcować z „kulturą wysoką”.
Oczywiście młodzi też przychodzą do teatru, ale to są szlachetne wyjątki, nazwałbym ich poszukiwaczami. Są to osoby, które same uczęszczają na zajęcia teatralne. Mamy w Tychach mocne środowisko teatralne funkcjonujące przy Młodzieżowych Domach Kultury czy przy klubach Miejskiego Centrum Kultury. Pisząc koncepcję programową duży nacisk położyłem na wyjście do tych młodych ludzi, na wejście do szkół. Przez pierwsze pół roku budowaliśmy kontakty z nauczycielami, aby te wizyty w teatrze były nieprzypadkowe. Podczas premiery „Opowieści wigilijnej” edukatorzy naszego teatru przygotowali oferty warsztatowe dla placówek edukacyjnych. Inicjatyw, aby młodzi mogli wejść głębiej w teatr, mamy wiele również w czasie pandemii, łącznie ze Sceną Młodych prowadzoną w Andromedzie przez Annę Białoń. Z międzynarodowych badań wynika, że koneserzy teatru, o których wspomniałeś, stanowią jeden procent społeczeństwa. To widz, który czeka na premiery konkretnego reżysera i świadomie dobiera spektakle pod swój gust, który wyrabiał latami. Znacznie większą grupą są widzowie kojarzący teatr z wejściem w elitarny świat. Wówczas to najczęściej kobiety aranżują wyjście do teatru, zaś mężczyźni raczej towarzyszą swym partnerkom, nie mając określonych oczekiwań wobec przedstawienia. Tak mówią badania.
W swojej koncepcji programowej założył Pan, że widza trzeba sobie wychować…
Tak, bo budowanie publiczności to jest proces rozpisany na lata. W Tychach ten proces rozpoczął się już dawno temu i mamy w mieście bardzo dobrą publiczność, dojrzałą, ale równie wąską. Uczestnicząc w wydarzeniach kulturalnych, można obserwować te same twarze. Oczywiście twarzy tych przybywa, ale, tak jak wspomniałem, jest to proces. Naszym zadaniem jest zaoferowanie przypadkowemu widzowi takich treści, aby doświadczał on teatru pełniej. Stąd taki nacisk na spotkania z reżyserami i aktorami, stąd tak wiele w naszym teatrze edukacji. Chcemy pomóc temu widzowi stać się widzem świadomym. To jest największa praca do wykonania w tej instytucji. Nie organizowanie kolejnych edycji spotkań czy konkursów i zapraszanie gwiazd na festiwale. To już funkcjonuje.
Co zatem z Tyskimi Spotkaniami Teatralnymi jedną z najstarszych imprez kulturalnych w mieście, która wychowała niejednego świadomego widza?
Trzeba im przywrócić dawny blask nie jako imprezy teatru offowego ale głównego nurtu. Planowaliśmy ten proces już w zeszłym roku, niestety rzeczywistość pandemiczna i listopadowy lockdown uniemożliwiły nam to. Jeżeli tylko covid nam nie przeszkodzi, to w listopadzie spotkamy się na 47. Tyskich Spotkaniach Teatralnych . Ten festiwal powinien być okrętem flagowym Teatru Małego. Chcemy zaprosić kilka najciekawszych przedstawień scen krajowych ale z nurtu głównego. Z założenia mają wpisać się w tematykę sezonu, którą określa koncepcja programowa na dany rok. Również wymogi konkursowe będą obligować uczestników, by wpisywali się w temat edycji. Widzę TST jako przestrzeń, w której dotykamy sezonowego tematu na wielu płaszczyznach, a jedną z nich oczywiście może być off. Dla mnie szalenie ważne jest to, aby zgromadzić teatralne osobowości nie tylko na scenie, ale również wokół niej: komentatorów, jurorów, obserwatorów. To dzięki nim spektakl żyje na wiele godzin po opadnięciu kurtyny. Stało się to podczas tegorocznego MoTyF’u dzięki Mikołajowi Grabowskiemu czy Irenie Jun, którzy z poszczególnych prezentacji wywodzili konteksty. Wracamy do edukacji środowiska – zapraszając publiczność do dyskusji, dajemy jej możliwość czuć teatr jeszcze mocniej, my sami zaś lepiej ją rozumiemy. To jest doświadczenie, na które pracowaliśmy latami, bowiem omówienia na MoTyF’ie były od zawsze. Jednak otwarcie ich poza krąg uczestników i jurorów jest małą rewolucją, której pomysłodawcą był Wiesław Komasa. Mieliśmy wtedy w zespole organizacyjnym pewne obawy, ale efekty przerosły nasze najśmielsze oczekiwania. Nawiązał się dialog, w którym publiczność jest równym graczem przy stole. Chcemy przenieść ten model na przedstawienia wieloobsadowe w ramach Tyskich Spotkań Teatralnych. To po prostu działa.
Pytanie na koniec – czego potrzebuje Teatr Mały w Tychach oprócz pieniędzy?
Publiczności na widowni. A odpowiadając w dwóch zdaniach – żeby kalendarz osób, które chcemy zaprosić do współpracy, nie był tak bardzo napięty. To jest najżmudniejsza i zwykle niewidoczna dla widzów praca, aby zgrać terminy wszystkich wykonawców i realizatorów tak, by móc przygotować dla naszej publiczności ofertę na najwyższym artystycznym poziomie.

