Opowiadać lepsze historie – rozmowa z fotografem Mateuszem Czechem

0
150
Mateusz Czech. Fot. T. Sikora.

Mateusz Czech to fotograf z Tychów, przed którego obiektywem stawali m.in. John Porter, Beata Kozidrak, Andrzej Smolik, Muniek Staszczyk, Piotr Rogucki, Grubson, Daria Zawiałow, czy Natalia Sikora z byłymi muzykami grupy Breakout. Jakikolwiek temat by nie obrał, zdjęcia podpisuje swoim wypracowanym przez lata stylem. A to jest nie lada osiągnięciem.

Zdjęcia Mateusza można oglądać:

Instagram
Facebook
Blog

Twoje Tychy: – Jako zawodowy fotograf wielokrotnie byłeś wynajmowany do imprez rodzinnych jak chrzty, komunie czy wesela. Utarło się dziwne przeświadczenie, że taka fotografia to chałturzenie lub taka artystyczna „gra do kotleta”. Jak Ty się do tego odnosisz?

Mateusz Czech: – Swoją drogą to wiesz, że nigdy nie fotografowałem komunii? Wielokrotnie pojawiały się pytania o możliwość uwiecznienia czyjegoś ważnego wydarzenia. Wykonałem wiele ślubów i przyznaję, że kotlet jest często grany, ale wszystko zależy od tego, jak ty kotlet ograsz. To cały sekret pomyślnie wykonanej roboty. Weźmy na przykład robienie „brzuszków” [sesje ciążowe – przyp. red.]. Jeden rabin powie, że to obciach, drugi rabin będzie zachwycony osiągniętym rezultatem. Ale zobacz sam, ludzie spodziewają się dziecka, kobieta jest w zaawansowanej ciąży. Już lada dzień zobaczą efekt cielesnych podbojów i wielomiesięcznego wyczekiwania na owoce… A wiemy, jak to bywa u niektórych z cierpliwością. Emocje wówczas sięgają zenitu i tworzysz taki obraz przyszłych rodziców, którym zawstydzasz całe Hollywood. Z ludźmi jest jak z książką. Otwierasz i poznajesz co ciekawego w nich siedzi. Jednocześnie jest to jak wytrych do naturalnych zachowań i poczucia swobody przed obiektywem. Nie ma nic gorszego niż wystudiowane pozy. Za coś takiego schodzi się z boiska. Dlatego chętnie przyjmowałem opcje na oddanie ludziom fotograficznych wspomnień. Swoją drogą uważam, że wyczucie estetyki nie powinno być ograniczane w żadnym kierunku. Wszystko zależy od tego, co czujesz i co sprawia Ci radość w naciskaniu na spust. Zdecydowanie większą sprawiała mi muzyka grana na żywo, co zaowocowało mocną zmianą kursu.

No i właśnie. Jak Ci się udaje „otworzyć” muzyków na scenie? Jest to w ogóle konieczne? Masz szansę spotkać się z nimi przed koncertem i „obwąchać”? Rzuć trochę światła na swój warsztat koncertowy.

– W scenicznym otwarciu pierwsze skrzypce gra cała otoczka wydarzenia. Scena, ludzie znajdujący się przed nią, klimat jaki tworzy się na fundamencie. To takie kombo, które mocno wpływa na siłę wyrazu występujących. Wchodzisz z aparatem właściwie na gotowe. Oczywiście materiał zależy od wcześniejszych ustaleń z managementem lub organizatorami koncertu. Jaka akredytacja, taka moc reportażu. Albo streszczasz się w trzech pierwszych kawałkach i wychodzisz z fosy, albo masz możliwość wykonania pełnego materiału. Część zdjęć wygląda wtedy jak z rodzinnego albumu, dlatego poddajesz obrazki autoryzacji. Jednak niezależnie od skali możliwości w działaniach, zawsze możesz wyrzeźbić mocne klatki, mając pomysł i warsztat. Kolokwialnie obwąchać można się w czasie prób, kiedy zespół stroi swoje sprzęty. Jest to również okazja do wspólnego papierosa, gadki budującej relacje. Tak rozpocząłem kilka intensywnych tematów, co przerodziło się z czasem na bezpośrednią współpracę dla muzycznych wytwórni. Trzeba pamiętać, że to pierwsze „obwąchanie” pozostaje w pamięci znacznie dłużej. Dlatego warto zadbać o prezentację nie tylko portfolio ale również osobowości.

Co masz na myśli, mówiąc, że zdjęcia z koncertów potrafią wyglądać jak z rodzinnego albumu?

– Dla jasności, nie miałem tu na myśli zdjęć z muzycznego wydarzenia, a tych wykonanych po koncercie. Jeśli ekipa, dla której pracuję, to ludzie, z którymi znam się od dawna, bo festiwale, bo realizacja okładki, bo wykonanie sesji zdjęciowej pod presspack lub social media, to mamy przy sobie dużą swobodę. Dlatego często określenie „album rodzinny” trafia w punkt, bo chwytasz momenty od kuchni, własne, prywatne. Często spontaniczne i totalnie odklejone, aż w głowie się nie mieści. Taką relację wykonałem na trasie Męskiego Grania, gdzie zostałem podpięty z aparatem. Ale na poważnie, w ten sposób można skompletować dobre archiwum dla zespołu. Ostatnio Kuba z Happysad prosił o odszukanie swojego zdjęcia, które zrobiłem mu w 2015 roku. Plik z dyskowego archiwum trafił w środek ostatniego winylowego wydania zespołu. Ot co, warto łapać chwile.

Łapiesz te chwile na swój wypracowany przez lata styl, który jest Twoją wizytówką. Powiedz, czy jesteś skory do kompromisów, gdy klient ma z góry określone większość szczegółów czy raczej potrzebujesz pełną swobodę?

– To bardzo zbliżone do wizyty u fryzjera. Masz oczekiwania, co do tego jak ma wyglądać twój świeży „uczes”. Podobnie jest z zamawiającym zdjęcia — ma oczekiwania. Zawsze w pierwszej kolejności jest kontakt kształtujący koncepcję. Następnie pod to przygotowuję szkic możliwości, za który albo łapiemy albo szukamy kolejnych rozwiązań. Buduje to relacje i jednocześnie otwiera fotografowanych, dzięki czemu znacznie wygodniej jest na planie.

Tęsknisz za Tychami?

– Tęsknię do ludzi, których w Tychach zostawiłem. Do rodziny, bliskich znajomych, z którymi stale jestem na łączach. Co do samego miejsca również, bo spędziłem w mieście kawał swojego życia. W nim stawiałem również swoje pierwsze poważne kroki. Życie to ciągła podróż i pasmo zmian. Trzeba to sobie umiejętnie zbalansować. W moim przypadku silnie otworzyło to głowę.

Tychy posiadają szeroki wachlarz miejsc godnych zawieszenia w ramkach. Streetart do pozazdroszczenia przez niejedno inne miasto! Zachwycam się mozaikami oraz graffiti wykonanym w akcji „Odnawiamy osiedla”. Wielkie dzięki dla DJ Feel-x za całą inicjatywę! Mam w głowie kilka pomysłów na sesje do zrealizowania w przestrzeni miasta.

Lubię powracać do Tychów, odwiedzając rejony wykonuję zdjęcia analogowo. Wiele klatek znajduje się na moim blogu, do którego odwiedzenia zapraszam.

Brałeś udział w konkursie Tychy Press Photo, w którym otrzymałeś pierwszą nagrodę w kategorii reportaż. Fajnie wygrywa się u siebie w mieście?

– Było miło, no i prace zagościły w towarzystwie uznanych fotoreporterów. Jednak największe wyróżnienie, to wystawienie fotoreportażu przed prezentacją dorobku Chrisa Niedenthala w kolejnej edycji konkursu. Co do reportażu „Gutek solo” opowiadającym o Piotrze Gutkowskim (Indios Bravos), któremu towarzyszyłem podczas realizowania solowego materiału w IGS Studio, to miło przyjął się również w środowisku muzycznym.

Czym zatem aktualnie się zajmujesz, jakie masz plany i czego Ci życzyć w nowym roku?

– Kilka dni temu skończyłem pracę nad nową płytą VNM’a. Raper przewiduje jej premierę na początek roku. Będzie to bezapelacyjnie najlepsza rzecz jaką wykonałem. Stąd zapraszam do poznania, nie tylko treści płyty, ale również jej opakowania! Była to długa i wymagająca przeprawa, ale dająca wiele satysfakcji. Rok zamknąłem realizując podcast. W końcu znalazłem czas, by wykorzystać potencjał głosowy do czegoś więcej niż nagrywania jingli lub bajerowania telefonicznego rozmówcy. Wykonuję również podsumowanie swoich działań foto z kliszy, tych w formie cyfrowej, jak i zdjęć z telefonu, uzupełniając swojego bloga. Co do przyszłego roku, życz mi długiego snu i powrotu wydarzeń muzycznych. Bez nich życie przypomina pączek bez nadzienia.