Wywiad z Nocnym Kochankiem

0
280

Tyski klub Underground odwiedził Nocny Kochanek, zespół heavy metalowy, który szturmem zdobywa listy przebojów. Muzykę grupy nazywa się mianem tradycyjnego heavy metalu typowego dla takich zespołów jak Iron Maiden czy Judas Priest, jednak przepuszczoną przez krzywe zwierciadło. Z Krzysztofem Sokołowskim – frontmanem zespołu – rozmawiamy o estetyce, sławie i wszędobylskim „hejcie”.

Kiedyś graliście pod inną nazwą, jak to się stało, że się przebranżowiliście?

– Zmieniliśmy przede wszystkim podejście do muzyki, bo przez wiele lat graliśmy pod szyldem Night Misstres – był to heavy metal na serio. W 2012 r. Bartek Walaszek poprosił, żebyśmy nagrali jajcarski kawałek do kreskówki „Kapitan Bomba”. Poczuliśmy się w tej konwencji bardzo dobrze i gdy zauważyliśmy, że po piątym stworzonym kawałku, takie granie daje nam sporą frajdę, postanowiliśmy przy niej pozostać. Zmieniliśmy nazwę na Nocny Kochanek, a pierwszą naszą płytę pod tym szyldem wydaliśmy w 2015 r..

Pamiętasz moment, w którym sobie uświadomiłeś, że pomysł kolokwialnie mówiąc – złapał?

Przed naprawdę fajną publicznością graliśmy sporo koncertów. Podczas Przystanku Woodstock 2017 zagraliśmy przed publicznością sięgającą po horyzont. Ten moment, o który pytasz, swoisty skok ilości publiczności zauważyliśmy już dużo wcześniej, kiedy zaczęliśmy wysprzedawać pierwsze koncerty. Niemniej jednak zagranie na Woodstocku na dużej scenie jest spełnieniem marzeń wielu kapel. My dodatkowo otrzymaliśmy nagrodę publiczności „Złoty Bączek” i podobno pobiliśmy jakiś rekord frekwencji. Myślę, że to był moment, w którym usiadłem wygodnie w fotelu, spojrzałem na chłopaków i powiedziałem „kurde, naprawdę się udało”. Oczywiście nie mamy zamiaru siadać na manowcach, być może w przyszłości zobaczymy się na narodowym.

Jesteś autorem tych wszystkich bardzo wyszukanych tekstów. Dlaczego ty?

Z jednej strony lubię pisać i bawić się skojarzeniami. Już jako dziecko zapisywałem sobie różne historyjki, niektóre nawet ujęte w rymach. Poza tym nikt nie parał się do tego, więc siłą rzeczy piszę ja. Bardzo często pomaga mi Ojciec Arkadiusz [Arkadiusz Majstrak, gitara solowa – przyp. red.], czasami też inni członkowie mają dobre pomysły, którym my nadajemy ostateczny charakter i wygląd. Oczywiście nasze teksty nie są wielkimi dziełami literackimi z kijem tam gdzie słońce nie sięga. My postanowiliśmy ten kij wyciągnąć i wsadzić go w mrowisko. Jasne, że jesteśmy czasami żenujący, ale zdajemy sobie z tego sprawę, mało tego – nas i naszą publiczność to bawi. Wychowaliśmy się na filmografii Bartka Walaszka, toteż nawiązujemy do tej „klasyki”, co nie przeszkodziło nam w wyrobieniu własnego, specyficznego poziomu żartu.

Nie obraź się, ale kiedy was pierwszy raz usłyszałem od razu pomyślałem „Sławomir”. Tyle tylko, że Sławomir jest kreacją aktorską, zaplanowanym od początku do końca produktem. Jak to jest w wami?

Gdybyśmy coś udawali, to myślę, że nie wytrzymałoby to dłużej niż sezon i po tym czasie nie moglibyśmy sobie spojrzeć w oczy. Nas nie stworzyła wytwórnia, jesteśmy autentyczni, niczego nie udajemy. Cytując klasyka „taki mamy klimat”. Weźmy na to „Dziewczynę z kebabem” – tekst powstał na bazie doświadczeń. Nie trudno bowiem trafić na wystrojoną panienkę, która pod budką „szamiąc kebsa”, przyozdabia swój staranny make-up, a nawet garderobę, czosnkowym lub średnio ostrym sosem. Wyobraziłem sobie jakby wyglądało bliższe spotkanie z w ten sposób przyprawioną dziewczyną i tak mnie to wyobrażenie rozbawiło, że sprzedałem pomysł Arkowi, który napisał teksty. Nasze teksty są po prostu blisko nas.

Macie świetne brzmienie. Od strony wokalnej czy instrumentalnej trudno wam coś zarzucić. Z ambitniejszymi tekstami jednak nie udało wam się przebić. Gdy zaczęliście grać o cyckach, piwie i „kebsach” to kolej rzeczy się odmieniła. Czy faktycznie tak trudno w Polsce sprzedać ambitna muzykę?

To nie jest powiedziane, że takie kawałki nie muszą być ambitne. U nas jest rożnie z tym – mamy kawałki typowo pastiszowe, które mają za zadanie rozbawić słuchacza. Ale mamy też utwory z bardziej przemyślanym konceptem, nafaszerowane zabawą słowem czy środkami stylistycznymi. Poza tym niech inni się silą na bycie drugim Słowackim polskiego heavy metalu. My jesteśmy kapelą grająca muzykę rozrywkową. Przychodząc na nasz koncert, masz się odciąć od swoich problemów dnia codziennego, zapomnieć na chwilę o rzeczywistości poza klubem i po prostu dobrze się bawić. Dlatego nie dotykamy polityki, transcendencji, filozofii czy problemów społecznych.

Ze sporym sukcesem często związany jest nie mniejszy „hejt”. Czy was też dotknęło to zjawisko społeczne?

Ależ oczywiście. Myślę, że wiąże się to głównie z niespełnionymi ambicjami i zazdrością. Jest mnóstwo ortodoksyjnych metalowców, którzy mają swoje kanciapy gdzie jedzą te koty, pija krew i grają cięższy metal od ołowiu, rtęci czy kadmu razem wziętych. Są to nierzadko świetni muzycy, mający gotowy materiał na 10 płyt, ale nikomu się to nie podoba. A tymczasem pojawiamy się my z nasza głupawką i rozbijamy bank, nie wkurzyłbyś się? Oczywiście pojawiają się, niestety w mniejszości, krytyki konstruktywne. Doskonale rozumiemy, że kogoś może nie bawić to poczucie humoru, lub nawet opinie, że w którymś miejscu przesadziliśmy. Jasne, ale taka jest nasza estetyka. Nie jesteśmy Krzysztofem Ibiszem, żeby się każdemu podobać.