Jeden duży budynek, z dostępem do jeziora i boksami dla klubów żeglarskich czy wioska żeglarska, w której każdy klub ma swój osobny domek? Burzliwa dyskusja na ten temat toczyła się w czwartek (13.04) w sali sesyjnej Urzędu Miasta. Żeglarze zrzeszeni w tyskich klubach zdecydowanie opowiedzieli się za tą drugą opcją, ale przedstawiciele władz próbowali przekonać ich do pierwszej.
Pomysł na marinę wykuwa się od 2015 r. Pierwsza koncepcja obiektu nazwanego mariną, opracowana przez pracownię architektoniczną RS+ (która projektowała też wodny plac zabaw i drewniane nabrzeże jeziora), przewidywała budowę 8 domków dla klubów oraz wspólnego budynku – sali szkoleniowej i szkutni. Jednak na wniosek Urzędu Miasta niedawno powstała też druga koncepcja, która była omawiana na czwartkowym spotkaniu. I chociaż pomysł robi wrażenie (budynek został wkomponowany w brzeg i „przykryty” drewnianą spacerową promenadą), tyskim żeglarzom się nie spodobał.
Dwie koncepcje
Robert Skitek, architekt który opracował obie wersje, przedstawił na spotkaniu założenia nowej koncepcji. Podkreślał, że jeden duży budynek może spełniać dokładnie tę samą funkcję, jakiej wcześniej miały służyć domki. – Większość elementów pozostaje bez zmian – mówił. – Zasadnicze zmiany są dwie. Pierwsza, to oddzielenie ruchu pieszego od przystani żeglarskiej i poprowadzenie go górą, promenadą. Druga, to jeden budynek zamiast kilku, ale spełniający tę samą funkcję, z osobnym boksem dla każdego z klubów.
Jednak zdaniem żeglarzy, nowa koncepcja jest zupełnie odmienna od poprzedniej i gubi jej funkcjonalność. Tyskie kluby żeglarskie („Wyga”, „Szkwał”, „Ziemowit”, Abstynencki Klub Żeglarski, harcerze), reprezentowane na spotkaniu tak licznie, że na sali sesyjnej zabrakło miejsc siedzących, były tu jednomyślne: należy wrócić do pierwszego pomysłu.
O powodach – funkcjonalnych, organizacyjno-prawnych i ekonomicznych – dla których władze miasta zdecydowały się na opracowanie nowej koncepcji, szczegółowo pisaliśmy w numerze 490 TT (11.04.2017). Warto tylko przypomnieć, że obiekt ten ma być efektownym zakończeniem promenady prowadzącej wzdłuż wschodniego wybrzeża, ma być tańszy w realizacji niż zespół domków i ma ułatwić administrowanie nim gminie (która bierze na siebie koszt jego budowy i utrzymania). Podczas czwartkowego spotkania zarówno wiceprezydent Miłosz Stec, jak i Robert Skitek próbowali przekonać żeglarzy, że to wszystko można połączyć z wygodnym prowadzeniem działalności klubowej. Jednak różnice zdań na ten temat były duże, a dyskusja momentami bardzo burzliwa.
Zbyt mało miejsca
Andrzej Walczyk, komandor Klubu Żeglarskiego „Ziemowit” zwrócił uwagę na niewystarczające parametry obiektu. Przytaczał wymiary łodzi i przekonywał, że nie ma możliwości magazynowania sprzętu posiadanego przez kluby w zaproponowanych boksach o powierzchni ok. 20 m kw. Zwrócił też uwagę, że wspólna dla wszystkich szkutnia (pomieszczenie do napraw i remontów) może pomieścić tylko dwie łodzie. – Taki remont trwa czasem kilka miesięcy – mówił. – Co w prostym rachunku prowadzi do tego, że w całym sezonie zimowym będzie można wyremontować tam dwie łodzie (a każdy klub ma ich kilka – SW). W poprzedniej koncepcji każdy klub miał możliwość wygospodarowania w swoim domku własnej szkutni i tam dokonywać napraw.
Robert Skitek przekonywał, że powierzchnia boksów jest zbliżona do zakładanej wcześniej powierzchni pojedynczych domków. Podkreślał też, że na etapie koncepcji nie ma jeszcze szczegółów technicznych i dokładnych wymiarów pomieszczeń. – To będziemy dopracowywać dopiero po konsultacjach z Państwem – mówił.
– Chciałbym, żebyśmy rozmawiali o tym, co w tym obiekcie Państwa zdaniem powinno być zmodyfikowane, żeby odpowiadał Państwa oczekiwaniom – apelował wiceprezydent Miłosz Stec.
Piękny, ale nie dla nas
Jednak nie tylko do parametrów pomieszczeń żeglarze mieli zastrzeżenia.
– Każdy z naszych klubów wywodzi się z innego środowiska – mówił Adam Ludynia z Klubu „Ziemowit”. – Harcerze zajmują się przede wszystkim szkoleniem dzieci i młodzieży. „Ziemowit” wywodzi się ze środowiska górniczego i jest klubem rodzinnym. AKŻ powstał, by podać rękę ludziom wykluczonym społecznie z powodu swoich problemów życiowych. Każdy z tych klubów posiada swoją tożsamość i swoją tradycję. Stłoczenie nas w jednym obiekcie to zabranie nam tej tożsamości.
Uczestnicy spotkania przekonywali, że organizacja imprez i wydarzeń przez tak różne środowiska w jednym wspólnym pomieszczeniu będzie bardzo trudna. Z kolei przedstawiciele UM podkreślali, że budowa osobnych budynków i osobnych przestrzeni dla każdego z klubów byłaby zbyt kosztowna.
– Ten obiekt owszem, jest piękny i ciekawy architektonicznie – mówił Adam Ludynia. – To jest dobra koncepcja przystani żeglarskiej dla miasta, gdzie każdy będzie mógł wypożyczyć sprzęt i popływać. Ale nie jest to obiekt funkcjonalny dla takich klubów jak nasze.
Jak podkreślali żeglarze, ich kluby działają w Tychach od dziesiątek lat, pracują społecznie i prowadzą działalność szkoleniową na bardzo wysokim poziomie. W ich szeregach są odznaczeni za swoją pracę instruktorzy i kapitanowie z ogromnym doświadczeniem.
Musi być kompromis
Burzliwą dyskusję podsumował prezydent Andrzej Dziuba. – Paprocany są dobrem wszystkich tyszan, nie tylko żeglarzy, wędkarzy czy rowerzystów – mówił. – Musimy te interesy godzić. Żeglarze są bardzo istotną częścią tego środowiska, ale w tym projekcie musi być też możliwość wygodnego przejścia dla osób spacerujących. Na pewno nie odstąpimy od tego, żeby sensownie zakończyć pewną przestrzeń publiczną, której budowę rozpoczęliśmy. Nie wiem jeszcze jak będzie wyglądała marina, przeanalizujemy wszystko to, o czym mówiliście, ale na pewno musi to być kompromis.
Prezydent zapowiedział, że kolejne takie spotkanie odbędzie się w maju. Wtedy prawdopodobnie będzie już wiadomo jaką marinę wybuduje w Paprocanach miasto.
Foto: SW

