W niedzielę, 25 maja, wybieraliśmy posłów do Europarlamentu. Wspólnie z nami wybierała swoich przedstawicieli cała Unia Europejska. I wszyscy w Europie, poturbowani kryzysem, mieli jedno pytanie: kto z kandydatów dostanie się do Brukseli, czy zwyciężą partie eurosceptyczne, czy zwolennicy Unii? My, Polacy, mieliśmy jeszcze jedno pytanie: jaka będzie frekwencja?
W sondażach jesteśmy w czołówce zwolenników Unii, ale w sensie politycznym Europa nas nie interesuje. To największy paradoks, bo w przeciwieństwie do „starej” Europy, to my możemy gołym okiem dostrzec zmiany cywilizacyjne w naszym kraju, zwłaszcza w kwestiach infrastruktury. Bez pieniędzy unijnych bylibyśmy daleko w tyle. Mamy pretensje do polityków, że nas oszukują, uważamy, że nasze państwo nie gra wobec nas fair. A czy my też jesteśmy zawsze w porządku? Czy mamy tak krótką pamięć? Szybko zapomnieliśmy o dziurawych drogach, kolejkach do pustych sklepów, odrapanych budynkach, siermiężnym krajobrazie, wszędobylskim kolorycie w odcieniach szarości? Lubimy pieniądze z Brukseli, ale jeśli mamy jakieś obowiązki wobec wspólnoty, nawet tak niewielkie, jak wrzucenie kartki do urny, pokazujemy jej figę. Bo nie pójście do wyborów to oznaka dezaprobaty wobec Unii, która mimo swoich mankamentów, jest największym dobrodziejstwem dla Polski, jakie zdarzyło się jej od kilkuset lat.
Więcej o wyborach czytaj w dzisiejszym wydaniu TT.

