tychy.pl: Charytatywne występy, zachęcanie do wolontariatu, promowanie idei przekazywania jednego procenta podatku – to Ireneusz Krosny jakiego nie wszyscy znają. Dlaczego tak mocno angażuje się w działalność prospołeczną?
Ireneusz Krosny: Współczesny świat niesamowicie zabrnął w filozofię, w której pieniądz jest najważniejszy. Uważam, że szukając przyczyn światowego kryzysu, należy ich szukać przede wszystkim w upadku moralności. A my ciągle szukamy ich w ekonomii, sprawdzamy, gdzie się przecinki nie zgadzają. Tymczasem już dawno wywróciliśmy świat wartości do góry nogami. A wszelkie zło, wcześniej czy później, przynosi swoje złe owoce – mówi Ireneusz Krosny. – Wolontariat pokazuje, że są na świecie sprawy dużo ważniejsze, niż pieniądz. Zresztą myślę, że każdy, kto zaczął robić coś charytatywnie, udzielać się jako wolontariusz, szybko odczuł we własnym sercu pewien rodzaj szczęścia, który uszlachetnia i pociąga. Poza tym w ogóle, jako katolicy musimy pamiętać, że Pan Jezus działał charytatywnie praktycznie przez całe swoje życie. Jeżeli mamy być jego uczniami, to powinniśmy brać z niego przykład. Pieniądze nie są najważniejsze. Oczywiście, nie o to chodzi, żeby nic nie mieć, nie zarabiać, bo przecież trzeba pracować, trzeba utrzymać rodzinę, itd. Chodzi o to, żeby wszystko ustawić na właściwym miejscu.
Jak udaje się panu poukładać wszystko na właściwym miejscu? Ma pan pracę, która wymaga przecież wielu wyjazdów, poza tym ma pan rodzinę, jest pan mężem i ojcem, aktywnie działa pan na polu charytatywnym?
Oczywiście praca artystyczna jest w stanie pochłonąć niemal cały czas, jaki człowiek ma do dyspozycji. Dlatego od lat mam wypracowany system ograniczania czasu nieobecności w domu. Mam do dyspozycji 14 dni w miesiącu, które mogę poświęcić na pracę wyjazdową, pozostałą część miesiąca spędzam z rodziną. Oczywiście czasem praca na tym cierpi, bo czasem trzeba coś odrzucić, komuś odmówić. Ostatnio – na przykład – dostałem propozycję zagrania jednej z głównych ról w nowym serialu komediowym. Być może zostałbym znanym aktorem obecnym we wszystkich tabloidach (śmiech), ale odmówiłem. Wiązałoby się to z częstymi i długimi pobytami w Warszawie. I z całą pewnością byłoby to kosztem mojej rodziny. Stwierdziłem, że mam pracę jako mim i to mi wystarczy.
A kiedy, zgodnie z pana czternastodniowym podziałem czasu na pracę i rodzinę, jest czas na działalność charytatywną?
Ale ta przecież nie wymaga dużo czasu.
Nie?
Wszystko się da, tylko trzeba się dobrze zorganizować. Zwykle występuję charytatywnie blisko miejsca zamieszkania, żeby nie wiązało się to z dodatkową nieobecnością w domu. Zdarza się też, że ktoś dostosowuje się do mojego kalendarza. Np. występuję akurat w Warszawie i w tym czasie jakaś fundacja, czy parafia, zgłasza się z prośbą, czy przy okazji pobytu w stolicy nie mógłbym również podskoczyć do nich i wystąpić charytatywnie. Tak też robię.
Mówi pan o tym tak zwyczajnie, normalnie, jakby działalność charytatywna nie była niczym szczególnym. A niewielu ludzi, zwłaszcza tak znanych jak pan, stać na to, by pomagać innym i jeszcze się tym nie chwalić. Do tej pory nie trafiłam w mediach na artykuł o wolontariuszu Ireneuszu Krosnym…
I bardzo dobrze, bo nie po to się to robi.
Ostatnio pojawił się pan na plakatach fundacji Cicha Nadzieja działającej przy Szpitalu Miejskim w Tychach, zachęcając do ofiarowania jednego procenta na jej rzecz.
Rzeczywiście, zostałem o to poproszony i zgodziłem się. Zwykle nie zastanawiamy się nad takimi sprawami jak sytuacja szpitala, dopóki ktoś nam bliski, albo my sami, nie zostaniemy dotknięci chorobą. Wtedy zaczynamy szukać pomocy. Szukamy wszędzie, niektórzy nawet wyjeżdżają poza granice kraju. A ja uważam, że powinniśmy dbać o to, co mamy na miejscu. Cieszę się, że w mieście jest taki szpital. Bo to dobry szpital, z dobrymi lekarzami i trzeba mu pomagać, by nie spotkał go taki los, jaki niedawno spotkał tyski szpital wojewódzki. Poza tym, w Szpitalu Miejskim jest jedyny w mieście i okolicznych powiatach oddział pediatryczny, prowadzony przez panią doktor Barbarę Kondrat, którą osobiście znam, i która ze swoją fachowością mogłaby pracować wszędzie, a pracuje właśnie w Tychach. Myślę, że wszystkim nam tyszanom powinno zależeć, by nasze dzieci miały się gdzie leczyć i by miały do tego jak najlepsze warunki.
„Powinniśmy dbać o to, co mamy na miejscu”, jest pan prawdziwym lokalnym patriotą…
Tak. Nie tylko lokalnym, w ogóle jestem patriotą. Myślę, że powinniśmy dbać o nasz kraj, bo nikt inny za nas tego nie zrobi. A niestety edukacja patriotyczna u nas mocno kuleje. Ciągle wpaja się nam postawy proeuropejskie, a przecież jesteśmy i zawsze będziemy Polakami. Za Europę nikt jeszcze nie umarł, a za Polskę już wielu. Cieszę się, że jestem Polakiem, uważam, że powinniśmy przestać narzekać na nasz kraj. Jeżeli mamy bieżącą wodę i do tego ciepłą, kanalizację, prąd, telefon, komputer, edukację za darmo, opiekę zdrowotną, itd, itd, to należymy do ok. 10 proc. najlepiej żyjących ludzi na tej planecie. Narzekanie w takiej sytuacji to gruba przesada. Oczywiście możemy sobie ponarzekać na rząd i prawo, ale proszę sobie najpierw zadać pytanie, na kogo pan/pani ostatnio głosował/a, a następnie kiedy ostatnio modlił się pan/pani za Polskę.
Porozmawiajmy teraz o pana pracy artystycznej. Ostatnio był pan na występach w Turcji, jak turecka publiczność reaguje na pantomimę?
Tak, to były moje pierwsze występy w Turcji. W ogóle ten wyjazd był o tyle ciekawy, że według organizatora, był to pierwszy występ teatru pantomimy w tym kraju. Oni nie mają takich doświadczeń, dlatego nie wiadomo było, jaka będzie reakcja publiczności.
No i jakie były reakcje?
No rzeczywiście na początku dość długo się widownia rozkręcała, jakby patrzyli na coś pierwszy raz, ale występ zakończył się owacją na stojąco, więc poszło dobrze. Organizator imprezy przyznał, że jest pozytywnie zaskoczony i zapowiedział kolejne występy w Turcji.
Owacje na stojąco, więc poszło dobrze? Powiedziałabym, że bardzo dobrze. Podobno na ostatnim dużym festiwalu we Francji, razem z grupą MoCarta zdobył pan wszystkie możliwe nagrody…
Tak. Był to festiwal komedii w St. Etienne. Właściwie był to wieczór Grupy MoCarta, a ja byłem ich gościem, ale spektakl był podzielony tak, że najpierw miałem 40 minut solo, potem Grupa 40 minut, a potem pół godziny razem. Do zdobycia były trzy nagrody: nagroda publiczności, dziennikarzy i jury, no i dostaliśmy wszystkie trzy. Choć, jak dla mnie niestety, właściwie zdobyła je grupa MoCarta, bo to był ich wieczór, ja jedynie pomogłem chłopakom. Ale rzeczywiście, poszło nam całkiem nieźle i są tego już pierwsze konsekwencje w postaci kolejnych zaproszeń. Mamy nadzieję, że ponieważ część jury była z Kanady, pomoże nam to dostać się jesienią na festiwal „Just for laugh” w Montrealu.
Częściej występuje pan w kraju czy poza granicami?
Myślę, że wciąż jeszcze częściej w Polsce, choć cały czas imprez zagranicznych przybywa. Kilka dni temu miałem występ w Zabrzu. Była to impreza „Zielona Wyspa” zorganizowana przez zespół Carrantuohill. Było bardzo oryginalnie, bo oprócz części pantomimicznej, miałem również występ muzyczny właśnie z zespołem Carrantuohill, w czasie którego udzielałem się jako klawiszowiec. Było zabawnie.
Gra pan na klawiszach?
Tak, najbardziej lubię klawisze.
A co pan najczęściej gra?
Różne rzeczy. Ostatnio najczęściej Czesława Niemena.
Rodzina lubi słuchać jak Pan gra?
No to różnie (śmiech). Jak coś brzdąkam, to niekoniecznie. Ale często gram na różnych imprezach rodzinnych. Na przykład, na Boże Narodzenie kolędy. A na naszych spotkaniach rodzinnych robimy też czasem taką zabawę, że dzielimy się na dwie grupy: mężczyźni i kobiety. Potem pada hasło np. piosenki ze zwierzętami. I każda grupa, właściwie powinienem powiedzieć chór (śmiech), śpiewa naprzemiennie piosenki, w których musi pojawić się zwierzę, a ja wtedy przygrywam raz jednej grupie, raz drugiej. Na szczęście mój siostrzeniec studiuje teraz fortepian na „jazzowo” i powoli zaczyna mnie wyręczać…
Proszę opowiedzieć o swoich planach na przyszłość.
Oczywiście gram wciąż w kraju, w kwietniu jestem w jury na krakowskim festiwalu PaKA, potem jeszcze TOP Trendy w Sopocie. Najbliższy wyjazd zagraniczny to Hamburg, potem Lennestadt z Grupą MoCarta. W kwietniu gram na Teneryfie. Wciąż ustalamy termin dwutygodniowych warsztatów dla Wyższej Szkoły Teatralnej w Shanghaju. Właściwie Chińczycy chcieli trzy tygodnie, ale ze względu na wspomniane wcześniej priorytety, nie zgodziłem się na tak długi wyjazd. Teraz wciąż manewrujemy w kalendarzu, bo oni chcieliby jeszcze przed wakacjami, a ja wolałbym dopiero styczeń, luty 2014.
Dziękuję za rozmowę.
—
biografia
Ireneusz Krosny urodził się w 1968 roku w Tychach. Przez dziesięć lat pracował kolejno w trzech amatorskich teatrach pantomimy. W 1992 roku rozpoczął działalność solową i założył Teatr Jednego Mima. Tworzy autorskie, pantomimiczne spektakle komediowe.
Fot. M. Giel

