Tyszanin Ireneusz Oleksik spędził kilkanaście dni w Indonezji. Z podróży przywiózł imponującą kolekcję zdjęć i…tabletki na malarię.
Byłem z grupą znajomych ze studiów. Jak to zwykle bywa, na początku mieliśmy zupełnie inny plan wyjazdu. Chcieliśmy pojechać do Mongolii, ale bilety okazały się zbyt drogie. Wtedy przypomniał mi się plan wyprawy sprzed kilku lat, właśnie do Indonezji. Reszta grupa zaakceptowała mój pomysł, no i pojechaliśmy – opowiada Ireneusz Oleksik, na co dzień nauczyciel biologii w Zespole Szkół nr 1 w Tychach.
Po nitce do kłębka
Podróż odbywała się etapami. Z Polski uczestnicy polecieli przez Kijów do Bangkoku. Stamtąd pociągiem dwadzieścia godzin jechali do Malezji, na wyspę Penang położoną na Morzu Andamańskim. Po dwudniowym pobycie, który upłynął im głównie na… jedzeniu, samolotem polecieli do stolicy Sumatry – Medan. Tam z kolei trafili na ramadan, więc w ciągu dnia wszystkie restauracje były zamknięte i o jedzeniu mogli zapomnieć.
– Dopiero po zachodzie słońca wszystkie kramy i bary były otwierane, więc w nocy mogliśmy nadrobić żywieniowe zaległości – żartuje tyszanin.
Cel wyprawy
Głównym celem wyprawy był las równikowy i obserwacja orangutanów. Jak wyjaśnia Ireneusz Oleksik, z Medan większość turystów jedzie do miejscowości Bukit La Wang, gdzie jest ośrodek rehabilitacji orangutanów. – Zwierzęta tam są oswojone, więc pobyt przypomina trochę wizytę w naszym zoo. Nas – biologów, takie coś nie interesowało. Chcieliśmy poobserwować dzikie orangutany w ich naturalnym środowisku. Wybraliśmy więc trochę bardziej czasochłonny i trudniejszy wariant podróży – wspomina.
Trekking w lesie
Z Medan wynajętym samochodem podróżnicy pojechali do miejscowości Ketanbe w Parku Narodowym Gunung Leuser, który wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Skąd ruszyli na tygodniowy trekking do lasu równikowego.
– Wynajęliśmy czterech mężczyzn, którzy pracowali w charakterze kucharzy i naszych przewodników. Można powiedzieć, że organizowanie trekkingu po lesie, to ich sposób zarabiania na życie. Oczywiście, nie jedyny, bo cudzoziemców w Indonezji nie ma zbyt wielu – mówi tyszanin.
Gałęzie i…folia
W lesie podróżnicy mieszkali w szałasach zbudowanych z gałęzi i zadaszonych przezroczystą folią. Wynajęci kucharze przygotowywali im posiłki. Menu było codziennie takie samo. Na śniadanie naleśnik z bananem, na obiad ryż z warzywami, na podwieczorek frytki, a na kolację mięso i smażony makaron. Wszystko przyrządzane na ogniskach.
Nie taki diabeł straszny
Jak przyznaje Oleksik, wybierając się na trekking po lesie równikowym, podróżnicy byli pewni, że będzie to bardzo trudne doświadczenie. Szybko okazało się jednak, że tak nie jest. Wynajęci przewodnicy urządzili w lesie dwie bazy, w których Polacy nocowali i spożywali posiłki. Tam też trzymali cały swój bagaż, więc na wyprawy do lasu zabierali tylko sprzęt fotograficzny i wodę do picia. No i przewodnika, żeby się nie zgubić…
– Ten człowiek miał oczy dookoła głowy – śmieje się pan Ireneusz. – Znał w tym lesie każdą ścieżkę. Miał doskonały wzrok. Trudno to wytłumaczyć. W lesie równikowym są bardzo wysokie drzewa, wąziutkie ścieżki, więc trudno cokolwiek zobaczyć. A on gołym okiem widział ptaki siedzące na gałęziach drzew bardzo od nas oddalonych. My ledwo widzieliśmy te ptaki przez lornetki. Przewodnik mówił nam, że on wyczuwa zwierzęta, poznaje je po zapachu.
Orangutany i komary
Jednak turystom zależało przede wszystkim na tym, by zobaczyć dzikie orangutany. Wiedzieli je dwa razy. Można powiedzieć, że aż dwa razy, bo jak wyjaśnia tyski podróżnik, liczyli się z tym, że nie zobaczą nic: – Las równikowy, to nie jest zoo. Orangutany nie siedzą na gałęziach i nie czekają na turystów. Więc mieliśmy dużo szczęścia – uważa. – W sumie to mieliśmy podwójne szczęście – dodaje.
Chodzi o to, że uczestnicy wyprawy byli przygotowani także na spotkanie z innymi zwierzętami, a konkretnie z…komarami. Odpowiednio wcześniej zaopatrzyli się w kosztowne leki na malarię. Jakież było ich zdziwienie, gdy okazało się, że na drodze ich podróży, nie pojawił się ani jeden komar… Więc tabletki, niczym pamiątkę, przywieźli z powrotem do kraju.
Dymiący wulkan
Kolejnym punktem podróżowania po Sumatrze było miasto Berastagi. Na warunki indonezyjskie, to niewielka mieścina licząca… ok. 600 tysięcy mieszkańców. To była baza wypadowa na kolejnych kilka dni, w czasie których biolodzy weszli m.in. na wulkan Sibayak. Tu czekała na nich niespodzianka. – Spodziewaliśmy się wygasłego wulkanu, a okazało się, że wokół krateru są czynne fumarole, z których pod dużym ciśnieniem wydobywa się gaz, z zawartością dwutlenku węgla i siarki. Wszystko dymiło, kopciło, byliśmy pod wielkim wrażeniem – stwierdza nauczyciel z ZS nr 1.
Gratka dla biologa
Na zakończenie pobytu w Indonezji, turyści pojechali nad Jezioro Toba. Jak tłumaczy nasz rozmówca, to największe kraterowe jezioro świata i największe jezioro w południowo-wschodniej Azji (100 km długości, 30 km szerokości, 500 m głębokości). – Powstało w miejscu wybuchu superwulkanu, który nastąpił ok. 70 tysięcy lat temu. Ilość gazów i pyłów wyrzucona wtedy do atmosfery była tak ogromna, że na naszej planecie przez 10 lat po wybuchu panowała zima wulkaniczna, a ochłodzenie trwało do tysiąca lat. Ocenia się, że na świecie przy życiu zostało zaledwie kilka do kilkunastu tysięcy ludzi – wyjaśnia. – Toba to dla biologa takie kultowe miejsce – podsumowuje.
Droga powrotna do Polski wiodła znowu przez Medan, Bangkok, Kijów. Warto dodać, że z wyprawy do Indonezji Ireneusz Oleksik przywiózł kilkaset zdjęć. Chętni będą mogli je zobaczyć na specjalnym pokazie, który odbędzie się w listopadzie w Zespole Szkół nr 1. O dokładnym terminie poinformujemy Was na tychy.pl
Na zdjęciu: Ireneusz Oleksik na wulkanie Sibayak.
Fot. Archiwum Prywatne
Byłem z grupą znajomych ze studiów. Jak to zwykle bywa, na początku mieliśmy zupełnie inny plan wyjazdu. Chcieliśmy pojechać do Mongolii, ale bilety okazały się zbyt drogie. Wtedy przypomniał mi się plan wyprawy sprzed kilku lat, właśnie do Indonezji. Reszta grupa zaakceptowała mój pomysł, no i pojechaliśmy – opowiada Ireneusz Oleksik, na co dzień nauczyciel biologii w Zespole Szkół nr 1 w Tychach.
Po nitce do kłębka
Podróż odbywała się etapami. Z Polski uczestnicy polecieli przez Kijów do Bangkoku. Stamtąd pociągiem dwadzieścia godzin jechali do Malezji, na wyspę Penang położoną na Morzu Andamańskim. Po dwudniowym pobycie, który upłynął im głównie na… jedzeniu, samolotem polecieli do stolicy Sumatry – Medan. Tam z kolei trafili na ramadan, więc w ciągu dnia wszystkie restauracje były zamknięte i o jedzeniu mogli zapomnieć.
– Dopiero po zachodzie słońca wszystkie kramy i bary były otwierane, więc w nocy mogliśmy nadrobić żywieniowe zaległości – żartuje tyszanin.
Cel wyprawy
Głównym celem wyprawy był las równikowy i obserwacja orangutanów. Jak wyjaśnia Ireneusz Oleksik, z Medan większość turystów jedzie do miejscowości Bukit La Wang, gdzie jest ośrodek rehabilitacji orangutanów. – Zwierzęta tam są oswojone, więc pobyt przypomina trochę wizytę w naszym zoo. Nas – biologów, takie coś nie interesowało. Chcieliśmy poobserwować dzikie orangutany w ich naturalnym środowisku. Wybraliśmy więc trochę bardziej czasochłonny i trudniejszy wariant podróży – wspomina.
Trekking w lesie
Z Medan wynajętym samochodem podróżnicy pojechali do miejscowości Ketanbe w Parku Narodowym Gunung Leuser, który wpisany jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Skąd ruszyli na tygodniowy trekking do lasu równikowego.
– Wynajęliśmy czterech mężczyzn, którzy pracowali w charakterze kucharzy i naszych przewodników. Można powiedzieć, że organizowanie trekkingu po lesie, to ich sposób zarabiania na życie. Oczywiście, nie jedyny, bo cudzoziemców w Indonezji nie ma zbyt wielu – mówi tyszanin.
Gałęzie i…folia
W lesie podróżnicy mieszkali w szałasach zbudowanych z gałęzi i zadaszonych przezroczystą folią. Wynajęci kucharze przygotowywali im posiłki. Menu było codziennie takie samo. Na śniadanie naleśnik z bananem, na obiad ryż z warzywami, na podwieczorek frytki, a na kolację mięso i smażony makaron. Wszystko przyrządzane na ogniskach.
Nie taki diabeł straszny
Jak przyznaje Oleksik, wybierając się na trekking po lesie równikowym, podróżnicy byli pewni, że będzie to bardzo trudne doświadczenie. Szybko okazało się jednak, że tak nie jest. Wynajęci przewodnicy urządzili w lesie dwie bazy, w których Polacy nocowali i spożywali posiłki. Tam też trzymali cały swój bagaż, więc na wyprawy do lasu zabierali tylko sprzęt fotograficzny i wodę do picia. No i przewodnika, żeby się nie zgubić…
– Ten człowiek miał oczy dookoła głowy – śmieje się pan Ireneusz. – Znał w tym lesie każdą ścieżkę. Miał doskonały wzrok. Trudno to wytłumaczyć. W lesie równikowym są bardzo wysokie drzewa, wąziutkie ścieżki, więc trudno cokolwiek zobaczyć. A on gołym okiem widział ptaki siedzące na gałęziach drzew bardzo od nas oddalonych. My ledwo widzieliśmy te ptaki przez lornetki. Przewodnik mówił nam, że on wyczuwa zwierzęta, poznaje je po zapachu.
Orangutany i komary
Jednak turystom zależało przede wszystkim na tym, by zobaczyć dzikie orangutany. Wiedzieli je dwa razy. Można powiedzieć, że aż dwa razy, bo jak wyjaśnia tyski podróżnik, liczyli się z tym, że nie zobaczą nic: – Las równikowy, to nie jest zoo. Orangutany nie siedzą na gałęziach i nie czekają na turystów. Więc mieliśmy dużo szczęścia – uważa. – W sumie to mieliśmy podwójne szczęście – dodaje.
Chodzi o to, że uczestnicy wyprawy byli przygotowani także na spotkanie z innymi zwierzętami, a konkretnie z…komarami. Odpowiednio wcześniej zaopatrzyli się w kosztowne leki na malarię. Jakież było ich zdziwienie, gdy okazało się, że na drodze ich podróży, nie pojawił się ani jeden komar… Więc tabletki, niczym pamiątkę, przywieźli z powrotem do kraju.
Dymiący wulkan
Kolejnym punktem podróżowania po Sumatrze było miasto Berastagi. Na warunki indonezyjskie, to niewielka mieścina licząca… ok. 600 tysięcy mieszkańców. To była baza wypadowa na kolejnych kilka dni, w czasie których biolodzy weszli m.in. na wulkan Sibayak. Tu czekała na nich niespodzianka. – Spodziewaliśmy się wygasłego wulkanu, a okazało się, że wokół krateru są czynne fumarole, z których pod dużym ciśnieniem wydobywa się gaz, z zawartością dwutlenku węgla i siarki. Wszystko dymiło, kopciło, byliśmy pod wielkim wrażeniem – stwierdza nauczyciel z ZS nr 1.
Gratka dla biologa
Na zakończenie pobytu w Indonezji, turyści pojechali nad Jezioro Toba. Jak tłumaczy nasz rozmówca, to największe kraterowe jezioro świata i największe jezioro w południowo-wschodniej Azji (100 km długości, 30 km szerokości, 500 m głębokości). – Powstało w miejscu wybuchu superwulkanu, który nastąpił ok. 70 tysięcy lat temu. Ilość gazów i pyłów wyrzucona wtedy do atmosfery była tak ogromna, że na naszej planecie przez 10 lat po wybuchu panowała zima wulkaniczna, a ochłodzenie trwało do tysiąca lat. Ocenia się, że na świecie przy życiu zostało zaledwie kilka do kilkunastu tysięcy ludzi – wyjaśnia. – Toba to dla biologa takie kultowe miejsce – podsumowuje.
Droga powrotna do Polski wiodła znowu przez Medan, Bangkok, Kijów. Warto dodać, że z wyprawy do Indonezji Ireneusz Oleksik przywiózł kilkaset zdjęć. Chętni będą mogli je zobaczyć na specjalnym pokazie, który odbędzie się w listopadzie w Zespole Szkół nr 1. O dokładnym terminie poinformujemy Was na tychy.pl
Na zdjęciu: Ireneusz Oleksik na wulkanie Sibayak.
Fot. Archiwum Prywatne

