Twoje Miasto: Szantymeni – ludzie z wyobraźnią

0
49
W najbliższy weekend Tychy znów staną się miastem portowym, za sprawą Festiwalu Szantowego „Port Pieśni Pracy”. W sobotę i niedzielę nad Jeziorem Paprocańskim będą rozbrzmiewać żeglarskie pieśni. Koncerty, podobnie jak w zeszłym roku, będą się odbywać na Dzikiej Plaży. O festiwalu, jego historii oraz o zamiłowaniu do żeglarstwa i muzyki TM rozmawia z Michałem Gramatyką, Zastępcą Prezydenta Miasta Tychy ds. Gospodarki Przestrzennej, a także gitarzystą basowym i wokalistą zespołu „Prawdziwe Perły” (dawniej „Perły i Łotry Shanghaju”), jednym z pomysłodawców i organizatorów imprezy.
TM: Jak doszło do tego, że w Tychach powstał festiwal szantowy? Do morza stąd przecież daleko…
Michał Gramatyka: Na pomysł zorganizowania festiwalu wpadli członkowie śląskiego zespołu szantowego „Perły i Łotry Shanghaju”. Pierwsze spotkanie przy muzyce mórz i oceanów miało miejsce w Szkole Muzycznej w styczniu 2000 roku. Na koncert przyszło ponad 500 osób, to przekonało nas, że warto imprezę rozwijać
Ile było dotąd edycji „Portu Pieśni Pracy”? Czy od początku były edycje letnie i zimowe?
Nazwa „Port Pieśni Pracy” pojawiła się dopiero w 2002 roku. A z pierwszą letnią edycją ruszyliśmy w sierpniu 2001 roku. Z organizowaliśmy ją pod hasłem „Szanty dla powodzian” i zbieraliśmy pieniądze dla poszkodowanych kataklizmem mieszkańców gminy Zator. Wczesne, zimowe edycje festiwalu odbywały się pod nazwą „Pieśni po Pracy – śląskie spotkania szantymenów”. Szantymeni na dawnych żaglowcach nadawali rytm pracy pokładowej swoim śpiewaniem. Do załogi należało powtarzanie refrenu oraz… wykonywanie roboty.
Jakieś szczególne lata i szczególne wydarzenia w historii tej imprezy?
Festiwalowi zawsze towarzyszył przekaz charytatywny. W 2002 roku hasłem imprezy było zawołanie „Szanty dla Pajacyka” – artyści i publiczność promowali głośną wówczas akcję fundacji Janiny Ochojskiej. Kilka lat później rozpoczęliśmy współpracę z Fundacją Rozwoju Kardiochirurgii im. prof. Zbigniewa Religi i podczas koncertów zbieraliśmy pieniądze na projekt polskiego sztucznego serca. Wiele jeszcze było takich szczytnych przedsięwzięć w historii tyskiego PPP. Ratowaliśmy chore na białaczkę dziecko, zbieraliśmy fundusze na leczenie gitarzysty jednego z szantowych zespołów. Ogłosiliśmy mocą specjalnego, prezydenckiego edyktu Tychy miastem portowym, a nawet bawiliśmy się na szantowym Olimpie. Szantymeni to ludzie z wyobraźnią!
PPP gromadzi co roku publiczność z całej Polski. Czy to dlatego, że tyski festiwal jest szczególnie fajny, czy też po prostu, ludzie „zakręceni” na punkcie szant jeżdżą w sezonie z imprezy na imprezę? Czy dużo jest podobnych festiwali w Polsce?
Imprez, które dorównują wielkością tyskiemu festiwalowi jest w Polsce kilka. Odbywają się one w miejscowościach mazurskich i nadmorskich. Giżycko, Mikołajki, Gdynia ale też tych, położonych w głębi lądu – znane są festiwale w Krakowie, Strzelcach Krajeńskich czy np. w Białymstoku. Polskie środowisko szantowe jest dużo młodsze i prężniejsze niż podobne grupy w krajach europejskich. Tam śpiewanie pieśni mórz i oceanów jest domeną emerytów. U nas szanty upatrzyła sobie młodzież. Tyski festiwal jest specyficzny, bo stanowi podsumowanie urlopowych wyjazdów. A przecież wielu żeglarzy ze Śląska spędza swoje urlopy na Mazurach czy na morzu. Wracają potem do domów i idą na szanty – powspominać swoje rejsy. Przychodzi też sporo ludzi, którzy nigdy z żeglarstwem
nie mieli nic wspólnego. Dla nich atrakcją jest sama muzyka. Szanty są proste w odbiorze i atrakcyjne w warstwie tekstowej. Oraz bardzo, bardzo „energetyczne”.
Czy to reguła, że ludzie kochający szanty, kochają też żeglarstwo i sporty wodne? I odwrotnie – czy jeśli ktoś żegluje, to mu szanty zaczynają grać w duszy?
Żeglarstwo wiąże się z szantami, a szanty z żeglarstwem, ale nie jest to regułą. Znam wielu szantymenów, którzy nigdy nie wsiedliby na pokład (bo się boją). Ale znam też wielu żeglarzy, którzy szant po prostu nie cierpią. Szanty to po prostu specyficzny rodzaj muzyki. Jak każdy ma swoich zwolenników i przeciwników. W Tychach spotkają się wyłącznie ci pierwsi.
A jak to jest w Pana przypadku, co było najpierw, żagle czy gitara?
Żeglowałem z ojcem już jako kilkulatek. Oczywiście po Paprocanach. Jeździliśmy też co roku na Mazury. I to od ojca uczyłem się pierwszych żeglarskich piosenek. O Magdzie, która nie chciała słuchać męża-żeglarza, o małym Janku, któremu tato śpiewa o tym, że żaglowce nie zginą. A potem sam zacząłem grać i śpiewać. Takie hobby jest dobrym sposobem odreagowania codziennych stresów.
Czy muzyka, jaka pojawia się na festiwalu PPP to wyłącznie szanty czyli pieśni żeglarskie, czy też inne, podobne gatunki muzyki?
Są to szanty, folk morski, śpiewanie balladowe, może troszkę rytmów„cięższych”, wpadających w nurt określany ostatnio jako „rockszanta”. Wspólnym mianownikiem całej tej twórczości są teksty traktujące o żeglowaniu po jeziorach, morzach i oceanach. Zapraszamy zwykle artystów, którzy w szantowym świecie mają ugruntowaną markę, ale nie zapominamy też o zwycięzcach zimowej edycji „Portu Pieśni Pracy”.
Czego możemy spodziewać tym roku? Jakieś nowości, gwiazdy, specjalne atrakcje?
Fantastycznie zapowiada się występ formacji Qftry z Polic i okolic. Na scenie, po długiej nieobecności, zagoszczą Smugglersi – pionierzy „mocnego uderzenia” w szantach. Na pewno ciekawy będzie występ młodej częstochowskiej formacji Canau – zwycięzców zimowej edycji festiwalu. A w irlandzkie, jigowo-reelowe rytmy wprowadzi nas formacja JRM z Poznania. Tradycyjnie też w niedzielę o godz. 17.00 warszawscy artyści z zespołu Zejman i Garkumpel zagrają specjalnie dla wszystkich najmłodszych wielbicieli szant. Już dziś zapraszamy na Paprocany, na Dziką Plażę. Przybywajcie i bądźcie jak zwykle niezawodni.
For. ARC/ E. Madej