Mity i rzeczywistość Iranu

0
284
Sześcioro uczniów i dwoje nauczycieli Zespołu Szkół nr 1 w Tychach było na trzytygodniowej wyprawie naukowej w Iranie. Był to pierwszy w historii polskiej edukacji szkolny wyjazd do tego kraju.
O Iranie krąży u nas wiele stereotypów, które zaraz po przekroczeniu granicy zaczęły padać jeden po drugim – mówią zgodnie Katarzyna Dacy – Ignatiuk i Ireneusz Oleksik, nauczyciele z ZS nr 1, uczestnicy wyprawy.
Od początku
Do tej podróży przygotowywali się długo. Czytali przewodniki, wybierali miejsca, które chcą zobaczyć, miasta, w których będą nocować… Wszystko było dokładnie zaplanowane. Trasa wyprawy była wyznaczona w najdrobniejszych szczegółach. – Planowaliśmy, że najdłużej będziemy w Iranie, ale zamierzaliśmy także pojechać do Gruzji i Armenii. Jednak już tam na miejscu Iran nas tak zafascynował, że Gruzja i Armenia zupełnie wypadły z naszego planu – żartuje Katarzyna Dacy – Ignatiuk, nauczycielka geografii.
Po nitce do kłębka
Swoją podróż tyszanie rozpoczęli na lotnisku w Krakowie, skąd odlecieli samolotem przez Frankfurt do Stambułu. W Turcji spędzili trzy dni, które poświęcili na zwiedzanie. Zobaczyli m.in. Stare Miasto i Błękitny Meczet. Promem, który był częścią komunikacji miejskiej, przepłynęli cieśninę Bosfor na stronę azjatycką.
– Tam jest bardzo dobrze zorganizowana komunikacja miejska. Połączone są linie metra, tramwajowe i promy. Bilet na wszystkie środki transportu jest w jednakowej cenie, w przeliczeniu kosztuje ok. 1 euro – opowiada pani Katarzyna.
Podczas pobytu w Stambule, musieli także odnaleźć dzielnicę Laleli, w której są irańskie biura podróży. Tam należało dokonać rezerwacji na bilet autobusowy do Teheranu.
40 godzin w autobusie
Podróż ze Stambułu do irańskiej stolicy trwała prawie dwie doby. Jednak jak przyznają nasi rozmówcy, wszystkie autokary, które pokonują tę trasę mają podwyższony standard, więc daleka droga nie jest uciążliwa.
Pierwszy stereotyp
Jeszcze w autokarze, tuż przed samą granicą z Iranem, jak przyznaje pani Katarzyna, padł pierwszy stereotyp, który krąży wśród wielu mieszkańców krajów zachodnich. Chodzi o ubiór irańskich kobiet.
– Ja i uczennice, które uczestniczyły w wyprawie, czytałyśmy w najróżniejszych przewodnikach, że podstawą ubioru każdej Iranki jest chusta. Wszędzie było napisane, że ma być tak założona, by dokładnie zasłaniać całą głowę i szyję. Uczyłyśmy się nawet, jak należy je prawidłowo wiązać. Więc zgodnie ze wszystkimi wskazówkami, tuż przed granicą wyjęłyśmy nasze chusty i zaczęłyśmy je zakładać i wiązać. Nagle, wszystkie kobiety, które jechały razem z nami w autokarze, głównie Turczynki i Iranki, wybuchnęły głośnym śmiechem. Zupełnie nie wiedziałyśmy o co chodzi – śmieje się Dacy-Ignatiuk.
Jak się szybko okazało, chustę wystarczy narzucić na głowę, nie trzeba jej w ogóle wiązać, a jedynie przerzucić jeden koniec przez ramię, tak by nie spadła. Chodzi głównie o to, by zakrywała potylicę. Szyja może być odkryta. I tak runął pierwszy stereotyp, irańskiej kobiety szczelnie owiniętej od stóp do głów.
Omijanie zasad
Oczywiście, w Iranie obowiązują pewne zasady ubioru kobiet i mężczyzn, ale nie są one tak restrykcyjne, jak się powszechnie wydaje. Kobiety, na przykład, muszą nosić dłuższe płaszcze i spodnie. Ale młode Iranki mają swoje „sposoby” na radzenie sobie z panującymi nakazami. Więc noszą…dokładnie tak, jak ich rówieśnice w Europie czy USA, jeansowe spodnie typu „rurki” i tuniki. – Obserwowałyśmy ludzi na ulicach. Rozmawiałyśmy z wieloma kobietami. One ubierają się tak samo jak my, z tą tylko różnicą, że mają chusty na głowach. W zasadzie to nawet za dużo powiedziane – twierdzi tyszanka, pani Katarzyna. – Robią sobie modne koki na czubku głowy, spinają je przeróżnymi ozdobami i do tego doczepiają chusty. Tak, żeby było widać, że na głowie coś jest – opowiada.
Kraj religijny?
Z kolei w Teheranie, padł kolejny stereotyp. W świecie uważa się Irańczyków za naród niezwykle religijny. Tymczasem, jak opowiadają nasi turyści, rzeczywistość tam jest zupełnie inna. Z rozmów z Irańczykami dowiedzieli się, że zupełnie nie podoba im się to, iż są zmuszani do wyznawania religii islamskiej. Buntują się, że sami nie mogą decydować o kwestiach wiary. Że jest im to z góry narzucone przez władze i obowiązujące prawo. Tam każde dziecko, zaraz po urodzeniu, ma w dokumenty automatycznie wpisaną religię islamską, nie ma żadnej innej możliwości.
– Młodzi ludzie w Iranie, zwłaszcza teraz w dobie internetu, czują, że szariat nie przystaje do religii XXI wieku – uważa Ireneusz Oleksik, kierownik szkolnej wyprawy, na co dzień nauczyciel biologii w ZS nr 1.
Podróż metrem
Zaraz po opuszczeniu autokaru w Teheranie grupa tyskich turystów udała się na stację metra. Zamierzali pojechać do dzielnicy, w której są hotele. Jak podkreślą, teherańskie metro jest bardzo nowoczesne. Jednak zasady podróżowania nim są zupełnie odmienne od naszych. Otóż kobiety i mężczyźni mają oddzielne wagony. Zazwyczaj pierwszy i ostatni należy do kobiet, a pozostałe są dla mężczyzn. Już na peronach wszyscy stoją oddzieleni specjalnymi bramkami. Oczywiście, jeżeli kobieta podróżuje w towarzystwie męża, wtedy może wspólnie z nim wsiąść do wagonu „męskiego”.
Tyszanie także dzielili się zatem na dwie grupy. Pani Katarzyna i uczennice wsiadały do wagonów dla kobiet, a męska część wycieczki do „swoich”. Z tą tylko różnicą, że dziewczyny podróżowały dużo bardziej wygodnie… – Metrem jeździ zdecydowanie więcej mężczyzn, dlatego ich wagony są zawsze przepełnione. Nasi panowie podróżowali zatem jak przysłowiowe śledzie w beczce, a my zazwyczaj miałyśmy wygodne miejsca siedzące. Szef wyprawy, Ireneusz Oleksik, zawsze nam powtarzał, pamiętajcie, jak my się nie zmieścimy, to wy nie wsiadajcie – żartuje pani Kasia.
Więcej nakazów
Szybko okazało się, że takich podziałów na „damskie” i „męskie” jest więcej. Na przykład na ulicy, kobieta kobiecie może podać rękę, a mężczyzna mężczyźnie. Nigdy odwrotnie. W ogóle nie wolno im nawet ze sobą rozmawiać.
– Iran, to piękny kraj z przesympatycznymi ludźmi, którym brakuje swobód obywatelskich. Np. zeznanie kobiety w sądzie ma wartość połowy zeznania mężczyzny. Taniec w Iranie jest prawnie zakazany. Dlatego wielu młodych ludzi, zwłaszcza wykształconych, emigruje z kraju. A szkoda. Bo, ten kraj ma wiele wspaniałych i mało znanych zabytków. Ludzie zdają sobie sprawę z tego, że do Iranu powinny przyjeżdżać miliony turystów, a spotkanych przez nas na ulicach można policzyć na palcach jednej ręki – zauważa Ireneusz Oleksik.
Łazienka, klimatyzacja, telewizor
Wszystkie hotele, w jakich mieszkali tyszanie w Iranie były jednymi z najtańszych. I jakież było ich zdziwienie, gdy okazało się, że w hotelu niższej klasy, normą jest łazienka w pokoju, telewizor, lodówka, a nawet klimatyzacja. W każdym pokoju hotelowym na suficie namalowana jest również strzałka, która wskazuje kierunek do Mekki. Dzięki temu goście wiedzą, w którą stronę należy się modlić. – Tu znowu pojawia się religia – stwierdza Dacy-Ignatiuk i po chwili dodaje, że w czasie całego pobytu w Iranie tyszanie odwiedzili wiele meczetów, i w porównaniu z innymi krajami arabskimi, te irańskie są bardziej puste. Ludzie przychodzą tam nie tylko, żeby się pomodlić, ale raczej po to… by się spotkać i porozmawiać.
Znowu w trasie
W stolicy turyści z Tychów spędzili trzy dni. – W Teheranie jadłem chyba najlepsze w życiu kebaby – wspomina Ireneusz Oleksik.
Stamtąd znowu autokarem ruszyli w dalszą podróż do Yazd. To piękne stare miasto, gdzie mieszkają wyznawcy zoroastrianizmu. To religia, która panowała w Presji (bo jak wiadomo Iran to dawna Persja) przed islamem. Tam nasi podróżnicy mieli okazję zwiedzić m.in. Świątynię Ognia, w której ogień płonie podobno nieprzerwanie od 1500 lat.
– W Yazd po raz pierwszy w życiu jadłem wielbłądzie mięso. Pycha! – mówi Oleksik.
Perła architektury
Kolejnym punktem na podróżniczej mapie tyszan był Isfahan. Jak mówią, to perła architektury i perła islamu. Jest tam drugi pod względem wielkości na świecie plac (Plac Imama). – Jest ogromny, nie widać drugiego końca. Dookoła są budynki, sklepy, wygląda trochę jak krakowski rynek, tylko jest o wiele większy – przyznaje Katarzyna Dacy-Ignatiuk.
Polski cmentarz
Warto zaznaczyć, że rok 2012 jest rokiem obchodów 70. rocznicy przybycia do Iranu i gościny przez rząd i naród irański stu dwudziestu tysięcy polskich uchodźców II wojny światowej. Dlatego, tyszanie zapalili również znicze na polskim cmentarzu w Isfahanie.
Morze Kaspijskie
Po kilkudniowym pobycie w Isfahanie młodzież wraz z opiekunami wyruszyła w dalszą drogę, do Raszt. To kurort położony nad Morzem Kaspijskim. Gdzie jedną z atrakcji była m.in. przejażdżka na motorówkach.
Ruch uliczny
Ostatnim miastem, które odwiedzili tyszanie, było Tabriz. Tutaj widzieli m.in. bazar, który jest wpisany na światową listę UNESCO.
Poza tym, w Tabriz zaobserwowali, że w Iranie istnieje coś takiego jak… kodeks ruchu drogowego. – We wszystkich miastach, które zwiedziliśmy wcześniej obowiązywała zasada, kto większy na ulicy, ten ma pierwszeństwo. I rzeczywiście tak było. Żaden kierowca nie przestrzegał przepisów. Dopiero w Tabriz zobaczyliśmy, że zielone światło naprawdę oznacza „jedź”, a czerwone „stój” – żartuje Katarzyna Dacy – Ignatiuk.
Powrót do domu
Z Tabriz wyruszyli w drogę powrotną do domu. Znowu, najpierw autokarem do Stambułu, stamtąd samolotem przez Frankfurt do Krakowa.
Do Tychów podróżnicy wrócili z lekkim niedosytem. Bo, jak mówią zgodnie, Iran to kraj, do którego chcieliby powrócić… – Odwiedziłem wiele krajów na świecie, ale prawie nigdzie nie spotkałem się z tak bezinteresowną gościnnością i życzliwością ludzi – podsumowuje szef tyskiej wyprawy.
Na zdjęciu: Tyszanie na placu Imama.
Fot. Materiały Prasowe ZS nr 1