Nowy trener piłkarskiej reprezentacji Polski Waldemar Fornalik był związany z kilkoma miejscowościami – urodził się w Myślenicach, potem mieszkał w Świętochłowicach, Chorzowie, a od ponad 20 lat jest tyszaninem. Najważniejszego od tygodnia polskiego szkoleniowca poprosiliśmy o rozmowę.
TT: Jak to się stało, że zamieszkał pan w Tychach?
Waldemar Fornalik: Kiedy grałem w Ruchu, przed jednym ze spotkań byliśmy na krótkim zgrupowaniu w hotelu Tychy. W dniu meczu mieliśmy trochę wolnego czasu i podjechaliśmy do ośrodka w Paprocanach. Wszystkim bardzo się tu spodobało, a ja pomyślałem, że świetnie byłoby tu kiedyś zamieszkać. Miałem wtedy mieszkanie w Chorzowie i kiedy tylko nadarzyła się okazja, zamieniłem je na mieszkanie na osiedlu Z. Mieszkam z rodziną właśnie tu, gdzie chciałem – blisko jeziora i lasu.
To pana ulubione miejsce w Tychach?
Tak, zdecydowanie. W parku, wokół jeziora i w okolicznych lasach biegam, jeżdżę na rowerze, a w zimie zakładam narty biegowe i dwa, trzy razy w tygodniu aktywnie spędzam czas. W ogóle przez te ponad 20 lat miasto bardzo się zmieniło, sam ośrodek w Paprocanach jest z roku na rok lepiej zagospodarowany i wydaje się, że obecnie jedynym jego problemem jest jakość wody w jeziorze. Mieszka się tu znakomicie. To spokojna, ładna dzielnica, z dala od wielkomiejskiego zgiełku, a mimo to – wszędzie jest blisko.
Wiele osób wiedziało, że mieszka pan w Tychach, ale większość kojarzy pana jednak wyłącznie z Chorzowem. Brakuje pana w sportowym życiu Tychów…
Bardzo interesuję się życiem sportowym miasta i tym, co w ogóle się dzieje w Tychach, ale nie za bardzo… interesowano się moją osobą. Nie należę do ludzi, którzy zabiegają o czyjeś względy, szukają popularności. Bywałem na meczach GKS – w Tychach i w Jaworznie, chodzę od czasu do czasu na lodowisko, bo też interesuję się hokejem, ale nigdy się z tym nie afiszowałem.
Pana synowie nie poszli w ślady ojca.
W piłkę grali tylko amatorsko i być może jest w tym trochę mojej winy, albo… zasługi, bo zawsze im powtarzałem, by się zastanowili, co chcą w życiu robić. I wybrali studia – starszy, Jakub, niedawno skończył prawo na Uniwersytecie Wrocławskim, z kolei młodszy, Paweł, zdał maturę i też będzie studiował.
W Tychach mieszka kilku byłych piłkarzy Ruchu, z którymi pan grał.
Najbliższy kontakt mam z Radkiem Gilewiczem, spotykamy się dość często, podobnie z Albinem Wirą, rzadziej natomiast z Krzyśkiem Bizackim. Krzysiu gra, ja trenuję, więc nasze obowiązki uniemożliwiają częste kontakty. Ale bywa, że spotykamy się na mieście, w sklepie…
Dużo się mówi ostatnio o pana zainteresowaniach muzycznych.
Tak – i wszędzie muszę prostować te informacje. Oczywiście lubię muzykę klasyczną, ale nie jestem melomanem, który regularnie chodzi do filharmonii czy słucha bez przerwy tylko takiej muzyki, a na to wyszło po kilku artykułach. Mamy w domu kolekcję płyt z muzyką poważną, ale na ogół słucham muzyki rockowej, głównie z czasów mojej młodości, czyli Perfekt, Maanam, Pink Floyd, Queen, Deep Purple, Marillion i in. Często wracam np. do koncertu Stinga z Filharmonikami Berlińskimi. Myślę, że moje gusty muzyczne i upodobania nie odbiegają od większości osób.
Muzyka poważna to dzięki żonie?
Tak, z wykształcenia jest muzykiem, więc było naturalne, że klasyka jest u nas na co dzień. Poznawałem kompozytorów, utwory i z czasem polubiłem ten rodzaj muzyki.
Pracę trenerką zaczynał pan w Górniku Zabrze, potem była Amica, w Odrze Wodzisław zastąpił pan… Franciszka Smudę i następnie – Polonia Warszawa, Bełchatów, Widzew i Ruch. Który z tych trenerskich epizodów uważa za najważniejszy?
Dla trenera każdy klub i drużyna to ważne doświadczenie. Ba, nawet każdy mecz edukuje, bo dostarcza nowych sytuacji, przeżyć i nowym problemów, które trzeba rozwiązywać. Ale na pewno mój pierwszy klub i ówczesna drużyna Górnika Zabrze. Byłem debiutantem i zdawałem sobie sprawę, że jeśli mi się nie powiedzie, to moja kariera trenerska stanie pod znakiem zapytania, bo na kolejną szansę przyjdzie mi bardzo długo czekać. Jak się jednak okazało, byłem w Górniku nie „na chwilę”, ale przez trzy lata i to był fundament mojej trenerskiej pracy, dzięki temu pojawiły się kolejne propozycje.
Ważny był też okres w Polonii Warszawa i w Widzewie Łódź. W tym drugim klubie podziękowano mi za pracę, kiedy po rundzie jesiennej drużyna była na pierwszym miejscu w I lidze sezonu 2008/2009. Rozstałem się z klubem, ale okazało się, że nie ma tego złego… Dzięki temu trafiłem do Ruchu, z którym zdobyłem w Ekstraklasie trzecie miejsce, a potem wicemistrzostwo Polski. I znów – gdyby nie Ruch i sukcesy, może dzisiaj nie byłoby dzisiaj tej najważniejszej propozycji.
Ostatni sezon był najlepszy w pana karierze?
Mam nadzieję, że ten najlepszy sezon dopiero przede mną, ale z dotychczasowych na pewno tak, bo z zespołem zdobyłem wicemistrzostwo Polski, a indywidualnie – nagrodę „Trenera Sezonu Ekstraklasy”. To dla mnie wyjątkowe wyróżnienie, gdyż decydują o nim nie dziennikarze czy audiotele, ale trenerzy i zawodnicy, a więc ludzie, którzy na co dzień są w branży.
Bez względu na to, kto zostałby następcą Franciszka Smudy, miałby zwolenników i przeciwników. Panu także ich nie brakuje. Czy denerwują pana opinie, że Fornalik to „człowiek Piechniczka”, że kolesiostwo, kumoterstwo…
Nie, nie mam z tym problemu, bo to po prostu bzdura. Problemy mają raczej ludzie, którzy je wygłaszają. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że z nikim nie wchodziłem w żadne układy, nie lobbowałem, ani nie zabiegałem o żadną pracę. Tak było we wszystkich klubach, w jakich pracowałem i tak jest w przypadku wyboru na stanowisko selekcjonera. Kiedy teraz czytam wypowiedzi byłego prezesa jednego z klubów, choć dla mnie to nie jest prezes, a osoba, która w klubie znalazła się przypadkowo, że kolesiostwo zadecydowało, to po prostu chce mi się śmiać. Byli kandydaci, głosowanie, poznaliśmy wynik i o czym tu mówić?
Ma pan już ułożony terminarzyk na najbliższe tygodnie?
Najważniejsze to powołanie sztabu szkoleniowego. Jestem po kilku rozmowach, na każdą funkcję mam po co najmniej dwóch kandydatów i w tym tygodniu na pewno zapadną pierwsze decyzje. Trzeba opracować plan pracy z reprezentacją i ruszyć na obserwacje, bo Śląsk gra w eliminacjach Ligi Mistrzów, grają też Lech i Ruch. Ważne jest zatem ustalenie kto i gdzie powinien jechać, kto jest za co odpowiedzialny. Dlatego nie chcę marnować ani minuty z czasu, jaki pozostał do pierwszego meczu. Pracy organizacyjnej jest teraz bardzo dużo, na razie więcej niż trenerskiej, bo zawodnicy zjawią się na zgrupowaniu dwa dni przed meczem z Estonią. Trudno zatem mówić o przygotowaniach do tego spotkania, trzeba będzie coś zaproponować i zobaczymy, jak zawodnicy zareagują na tę moją propozycję.
Piłkarskie gwiazdy bywają dość kapryśne…
Większość zawodników znam i wiem, że to inteligentni, młodzi ludzie, którym zależy, by reprezentacja grała jak najlepiej, że jej wyniki są ważniejsze niż indywidualne ambicje. Takiego podejścia oczekuję.
Jaka jest pana najważniejsza refleksja po EURO 2012, jeśli chodzi o grę polskiej reprezentacji?
Nie będę odkrywczy – bardzo dużo dzieli nas od gigantów europejskiej piłki, co uzmysłowiło nam kilka spotkań, a już na pewno finał i gra Hiszpanów. Jednak uważam, że podczas turnieju drużyna nie pokazała wszystkiego, na co ją stać, że tkwią w niej większe możliwości i wspólnie z zawodnikami postaramy się je wykorzystać.
Eliminacje do mistrzostw świata zaczynają się za niespełna dwa miesiące – 7 września. Pana opinia o grupie?
Łatwo na pewno nie będzie. Ukraina pokazała na EURO, że trzeba się z nią liczyć, poza tym to jeden z tych rywali, który chce nam, a my jemu coś udowodnić. Z kolei Czarnogóra napsuła krwi Anglii, wystąpiła w barażu z Czechami. A Anglicy na pewno będą grali lepiej niż na EURO, bo nie wyobrażam sobie, żeby czas nie działał na ich korzyść. W grupie są jeszcze Mołdawia i San Marino.
Kilka razy gościliśmy w Tychach i w hotelu Piramida reprezentacje Polski i innych krajów. Czy to znaczy, że teraz kadra będzie częściej w Tychach?
Nie… Nawet, gdyby to było idealne miejsce, to po przyjeździe, od razu by mówiono, że Fornalik ma z panem Ceglińskim jakieś wspólne interesy. Wolę unikać takich podtekstów. Na zgrupowania będzie wskazanych kilka miejsc, a przy wyborze będziemy się kierować przede wszystkim tym, gdzie będą rozgrywane mecze.
Foto: Eliza Madej
TT: Jak to się stało, że zamieszkał pan w Tychach?
Waldemar Fornalik: Kiedy grałem w Ruchu, przed jednym ze spotkań byliśmy na krótkim zgrupowaniu w hotelu Tychy. W dniu meczu mieliśmy trochę wolnego czasu i podjechaliśmy do ośrodka w Paprocanach. Wszystkim bardzo się tu spodobało, a ja pomyślałem, że świetnie byłoby tu kiedyś zamieszkać. Miałem wtedy mieszkanie w Chorzowie i kiedy tylko nadarzyła się okazja, zamieniłem je na mieszkanie na osiedlu Z. Mieszkam z rodziną właśnie tu, gdzie chciałem – blisko jeziora i lasu.
To pana ulubione miejsce w Tychach?
Tak, zdecydowanie. W parku, wokół jeziora i w okolicznych lasach biegam, jeżdżę na rowerze, a w zimie zakładam narty biegowe i dwa, trzy razy w tygodniu aktywnie spędzam czas. W ogóle przez te ponad 20 lat miasto bardzo się zmieniło, sam ośrodek w Paprocanach jest z roku na rok lepiej zagospodarowany i wydaje się, że obecnie jedynym jego problemem jest jakość wody w jeziorze. Mieszka się tu znakomicie. To spokojna, ładna dzielnica, z dala od wielkomiejskiego zgiełku, a mimo to – wszędzie jest blisko.
Wiele osób wiedziało, że mieszka pan w Tychach, ale większość kojarzy pana jednak wyłącznie z Chorzowem. Brakuje pana w sportowym życiu Tychów…
Bardzo interesuję się życiem sportowym miasta i tym, co w ogóle się dzieje w Tychach, ale nie za bardzo… interesowano się moją osobą. Nie należę do ludzi, którzy zabiegają o czyjeś względy, szukają popularności. Bywałem na meczach GKS – w Tychach i w Jaworznie, chodzę od czasu do czasu na lodowisko, bo też interesuję się hokejem, ale nigdy się z tym nie afiszowałem.
Pana synowie nie poszli w ślady ojca.
W piłkę grali tylko amatorsko i być może jest w tym trochę mojej winy, albo… zasługi, bo zawsze im powtarzałem, by się zastanowili, co chcą w życiu robić. I wybrali studia – starszy, Jakub, niedawno skończył prawo na Uniwersytecie Wrocławskim, z kolei młodszy, Paweł, zdał maturę i też będzie studiował.
W Tychach mieszka kilku byłych piłkarzy Ruchu, z którymi pan grał.
Najbliższy kontakt mam z Radkiem Gilewiczem, spotykamy się dość często, podobnie z Albinem Wirą, rzadziej natomiast z Krzyśkiem Bizackim. Krzysiu gra, ja trenuję, więc nasze obowiązki uniemożliwiają częste kontakty. Ale bywa, że spotykamy się na mieście, w sklepie…
Dużo się mówi ostatnio o pana zainteresowaniach muzycznych.
Tak – i wszędzie muszę prostować te informacje. Oczywiście lubię muzykę klasyczną, ale nie jestem melomanem, który regularnie chodzi do filharmonii czy słucha bez przerwy tylko takiej muzyki, a na to wyszło po kilku artykułach. Mamy w domu kolekcję płyt z muzyką poważną, ale na ogół słucham muzyki rockowej, głównie z czasów mojej młodości, czyli Perfekt, Maanam, Pink Floyd, Queen, Deep Purple, Marillion i in. Często wracam np. do koncertu Stinga z Filharmonikami Berlińskimi. Myślę, że moje gusty muzyczne i upodobania nie odbiegają od większości osób.
Muzyka poważna to dzięki żonie?
Tak, z wykształcenia jest muzykiem, więc było naturalne, że klasyka jest u nas na co dzień. Poznawałem kompozytorów, utwory i z czasem polubiłem ten rodzaj muzyki.
Pracę trenerką zaczynał pan w Górniku Zabrze, potem była Amica, w Odrze Wodzisław zastąpił pan… Franciszka Smudę i następnie – Polonia Warszawa, Bełchatów, Widzew i Ruch. Który z tych trenerskich epizodów uważa za najważniejszy?
Dla trenera każdy klub i drużyna to ważne doświadczenie. Ba, nawet każdy mecz edukuje, bo dostarcza nowych sytuacji, przeżyć i nowym problemów, które trzeba rozwiązywać. Ale na pewno mój pierwszy klub i ówczesna drużyna Górnika Zabrze. Byłem debiutantem i zdawałem sobie sprawę, że jeśli mi się nie powiedzie, to moja kariera trenerska stanie pod znakiem zapytania, bo na kolejną szansę przyjdzie mi bardzo długo czekać. Jak się jednak okazało, byłem w Górniku nie „na chwilę”, ale przez trzy lata i to był fundament mojej trenerskiej pracy, dzięki temu pojawiły się kolejne propozycje.
Ważny był też okres w Polonii Warszawa i w Widzewie Łódź. W tym drugim klubie podziękowano mi za pracę, kiedy po rundzie jesiennej drużyna była na pierwszym miejscu w I lidze sezonu 2008/2009. Rozstałem się z klubem, ale okazało się, że nie ma tego złego… Dzięki temu trafiłem do Ruchu, z którym zdobyłem w Ekstraklasie trzecie miejsce, a potem wicemistrzostwo Polski. I znów – gdyby nie Ruch i sukcesy, może dzisiaj nie byłoby dzisiaj tej najważniejszej propozycji.
Ostatni sezon był najlepszy w pana karierze?
Mam nadzieję, że ten najlepszy sezon dopiero przede mną, ale z dotychczasowych na pewno tak, bo z zespołem zdobyłem wicemistrzostwo Polski, a indywidualnie – nagrodę „Trenera Sezonu Ekstraklasy”. To dla mnie wyjątkowe wyróżnienie, gdyż decydują o nim nie dziennikarze czy audiotele, ale trenerzy i zawodnicy, a więc ludzie, którzy na co dzień są w branży.
Bez względu na to, kto zostałby następcą Franciszka Smudy, miałby zwolenników i przeciwników. Panu także ich nie brakuje. Czy denerwują pana opinie, że Fornalik to „człowiek Piechniczka”, że kolesiostwo, kumoterstwo…
Nie, nie mam z tym problemu, bo to po prostu bzdura. Problemy mają raczej ludzie, którzy je wygłaszają. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że z nikim nie wchodziłem w żadne układy, nie lobbowałem, ani nie zabiegałem o żadną pracę. Tak było we wszystkich klubach, w jakich pracowałem i tak jest w przypadku wyboru na stanowisko selekcjonera. Kiedy teraz czytam wypowiedzi byłego prezesa jednego z klubów, choć dla mnie to nie jest prezes, a osoba, która w klubie znalazła się przypadkowo, że kolesiostwo zadecydowało, to po prostu chce mi się śmiać. Byli kandydaci, głosowanie, poznaliśmy wynik i o czym tu mówić?
Ma pan już ułożony terminarzyk na najbliższe tygodnie?
Najważniejsze to powołanie sztabu szkoleniowego. Jestem po kilku rozmowach, na każdą funkcję mam po co najmniej dwóch kandydatów i w tym tygodniu na pewno zapadną pierwsze decyzje. Trzeba opracować plan pracy z reprezentacją i ruszyć na obserwacje, bo Śląsk gra w eliminacjach Ligi Mistrzów, grają też Lech i Ruch. Ważne jest zatem ustalenie kto i gdzie powinien jechać, kto jest za co odpowiedzialny. Dlatego nie chcę marnować ani minuty z czasu, jaki pozostał do pierwszego meczu. Pracy organizacyjnej jest teraz bardzo dużo, na razie więcej niż trenerskiej, bo zawodnicy zjawią się na zgrupowaniu dwa dni przed meczem z Estonią. Trudno zatem mówić o przygotowaniach do tego spotkania, trzeba będzie coś zaproponować i zobaczymy, jak zawodnicy zareagują na tę moją propozycję.
Piłkarskie gwiazdy bywają dość kapryśne…
Większość zawodników znam i wiem, że to inteligentni, młodzi ludzie, którym zależy, by reprezentacja grała jak najlepiej, że jej wyniki są ważniejsze niż indywidualne ambicje. Takiego podejścia oczekuję.
Jaka jest pana najważniejsza refleksja po EURO 2012, jeśli chodzi o grę polskiej reprezentacji?
Nie będę odkrywczy – bardzo dużo dzieli nas od gigantów europejskiej piłki, co uzmysłowiło nam kilka spotkań, a już na pewno finał i gra Hiszpanów. Jednak uważam, że podczas turnieju drużyna nie pokazała wszystkiego, na co ją stać, że tkwią w niej większe możliwości i wspólnie z zawodnikami postaramy się je wykorzystać.
Eliminacje do mistrzostw świata zaczynają się za niespełna dwa miesiące – 7 września. Pana opinia o grupie?
Łatwo na pewno nie będzie. Ukraina pokazała na EURO, że trzeba się z nią liczyć, poza tym to jeden z tych rywali, który chce nam, a my jemu coś udowodnić. Z kolei Czarnogóra napsuła krwi Anglii, wystąpiła w barażu z Czechami. A Anglicy na pewno będą grali lepiej niż na EURO, bo nie wyobrażam sobie, żeby czas nie działał na ich korzyść. W grupie są jeszcze Mołdawia i San Marino.
Kilka razy gościliśmy w Tychach i w hotelu Piramida reprezentacje Polski i innych krajów. Czy to znaczy, że teraz kadra będzie częściej w Tychach?
Nie… Nawet, gdyby to było idealne miejsce, to po przyjeździe, od razu by mówiono, że Fornalik ma z panem Ceglińskim jakieś wspólne interesy. Wolę unikać takich podtekstów. Na zgrupowania będzie wskazanych kilka miejsc, a przy wyborze będziemy się kierować przede wszystkim tym, gdzie będą rozgrywane mecze.
Foto: Eliza Madej

